Łucja z pistoletem

8 Lu

„Łucję…”, której premiera odbyła się 26 stycznia tego roku na scenie Bayerische Staatsoper w Monachium, można było obejrzeć online w niedzielę, 8 lutego, pod dyrekcją Kirilla Petrenki, w bezpośredniej transmisji na stronie internetowej teatru. W obsadzie m. in. jako Łucja – Diana Damrau, niezapomniana Gilda z „Rigoletta” w Metropolitan Opera, której partnerował wówczas Piotr Beczała, Pavol Breslik jako Edgardo, Dalibor Jenis (Enrico), Georg Zeppenfeld (Raimondo). Wspaniałe bel canto! Ale też triumf polskiej reżyserki Barbary Wysockiej, które zrobiła bardzo spójne, intrygujące, w scenie obłędu Łucji – zaskakujące, by nie rzec – brawurowe przedstawienie. Wysocka przeniosła akcję „szkockiej opery” do powojennej Ameryki ery JFK. Kostiumy projektu Julii Kornackiej przywołują skojarzenia z czasami, w których Truman Capote pisał z „Zimną krwią”, a dziennikarze (w spektaklu jest scena konferencji prasowej) relacjonowali proces morderców rodziny Clutterów, mówiąc do charakterystycznych mikrofonów w obwódce. Na scenę wjeżdża cadillac kabriolet – za kierownicą Edgardo w lotniczej kurtce, piękny, mroczny, nieprzytomnie zakochany. Łucja to ponętna blondynka w płaszczu Burberry, a jej brat Enrico – typ mafiosa z włosami ulizanymi brylantyną, do złudzenia podobny do Roberta de Niro… „W tamtych czasach, zaledwie pół wieku temu możliwa była jeszcze próba zmuszenia kobiety do zawarcia małżeńskiego kontraktu w imię racji politycznych” – tłumaczyła w wywiadzie Barbara Wysocka.

Akcja rozgrywa się w jednorodnej przestrzeni, w zdewastowanym wnętrzu luksusowego hotelu, a może pałacu jakiegoś amerykańskiego potentata, którego potęga legła w gruzach – jednym z symboli upadku jest przewrócony fortepian. Scenograf Barbara Hanicka inspirowała się zdjęciami zrobionymi przez Yves’a Marchanda i Romain’a Meffre’a ukazującymi ruiny Detroit. Nie ma zgrzytu, słabych punktów, sztuczności. Włoska opera romantyczna oparta na szkockiej tragedii bardzo zgrabnie weszła w sztafaż amerykański.

Pierwsza scena, w której streszcza się historia i przeznaczenie Łucji: na dźwiękach orkiestrowego wstępu pojawia się na proscenium mała dziewczyna z pistoletem w dłoni. Pistolet, jak strzelba u Czechowa, wypali w trzecim akcie. Następnie Edgardo, dziedzic rodu Ravenswoodów, przekreśla wypisany na ścianie napis: „Ashton”. Wysocka osiągnęła mistrzostwo w tworzeniu takich lapidarnych teatralnych znaków, które wprowadzają odbiorcę w problematykę przedstawienia. Co więcej, jej przedstawienie jest dość zachowawcze, w większości sytuacji reżyserka przepuściła muzykę na pierwszy plan (niektórzy reżyserzy mają z czymś takim problem; jak wiadomo „reżyser ma pomysły”, które jedna w operze różnie się sprawdzają), skupiając się na precyzyjnym wyreżyserowaniu relacji między bohaterami i scen zbiorowych z chórem. Wizualizacje ograniczyła do minimum. Fantastycznie wypadła scena miłosna Łucji i Edgarda z pierwszego aktu, dramatyczny duet kipiący emocjami. Diana Damrau dała popis koloratury, ale jej śpiew był nasycony emocją wypływającą z dramaturgicznego sensu libretta. Łucja w wykonaniu Damrau jest w stanie permanentnego upojenia miłosnego – gdyby zamknąć oczy lub wyłączyć obraz, pozostawiając jedynie warstwę muzyczną przedstawienia, całą tę charakterystykę postaci, jej koloryt uczuciowy, można by usłyszeć w głosie Diany Damrau. Wspaniała śpiewaczka. Znakomicie partnerował jej Pavol Breslik, szczyty swoich wokalnych możliwości osiągnął w drugim akcie, gdy Edgardo dowiaduje się o zaślubinach Łucji, i w arii „Tu che a dio spiegasti l’ali…”.

Sceną obłędu Łucji Wysocka kompletnie wszystkich zaskoczyła. Protagonistka wbrew tradycji sceniczne nie ma na sobie sukni ślubnej z tiulem i welonem, w tym przedstawieniu Łucja to wprawdzie kobieta oszalała z bólu, ale silna i groźna w swoim słusznym gniewie. Nie budzi litości, raczej przerażenie. W ręku ma pistolet i z początku wydaje się być lodowato. Właśnie zabiła Artura, narzuconego jej przez brata narzeczonego, teraz mierzy z broni do osłupiałych ze strachu uczestników weselnego balu, próbuje popełnić samobójstwo, pistolet chwilami staje się dla niej erotycznym fetyszem, nie ma w tym jednak odrobiny wulgarności. Pistolet w końcu wypala, Łucja odskakuje jak przestraszone dziewczynka. Potem w przystępie gniewu drze na drobne kawałeczki intercyzę ślubną po czym mdleje. Tą sceną Barbara Wysocka przypieczętowała swoją reżyserką klasę. W „Ardon gli incensi” świetnym zabiegiem było zastąpienie całej partii solowego fletu harmoniką szklaną (pierwotny zamysł Donizettiego), której brzmienie stało się onirycznym kontrapunktem dla realistycznie rozegranej sceny obłędu. Znakomity, mocny efekt.

Anna S. Dębowska

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: