Lady Sarashina – węgiersko-japońskie arcydzieło

7 Kwi

– Jej pamiętnik to cudowny tekst, w którym nie czuje się, że autorkę oddziela od nas upływ tysiąca lat. Jest w nim wiele abstrakcji, a jest to świetna inspiracja dla muzyki, która sama jest najbardziej abstrakcyjną ze sztuk – powiedział mi Péter Eötvös, autor opery Lady Sarashina, którą z powodzeniem wystawił w niedzielę Teatr Wielki w Warszawie.

Na pytanie, dlaczego w Operze Narodowej potrzebny jest cykl Terytoria, poświęcony współczesnym dziełom operowym, odpowiedziałabym: po to, aby tej scenie pojawiały się tak wybitne utwory, jak Lady Sarashina Pétera Eötvösa.

Dwa kciuki w dół, u rąk i u nóg. Kto nie był na premierze przedstawienia, które jest przeniesieniem realizacji z Opery w Lyonie, może zagłosować na Sarashinę nogami, udając się (koniecznie!) na któreś z następnych przedstawień w nadchodzącym tygodniu.

Pisarka bez imienia

„Lady Sarashina” to liryczna, surrealna opowieść o snach i uczuciach, której narratorką jest tytułowa bohaterka. Jej prawdziwe imię nie jest znane, Sarashinę wymyślił Ivan Morris, autor angielskiego przekładu pamiętnika, znanego jako Sarashina Nikki (podobno w Japonii jest to obowiązkowa lektura szkolna). Wiadomo, że urodziła się w 1008 r., pochodziła z japońskiej klasy uprzywilejowanej, była dwórką, w młodości podróżowała i pozostawiła po sobie pamiętnik, w którym opisała nie tylko peregrynacje po japońskiej prowincji, ale swoje przeżycia, marzenia i sny. To nie tylko pamiętnik, ale również zapis wewnętrznego krajobrazu narratorki, jej poetyckiej wyobraźni i nieprzeciętnej wrażliwości. Introspekcja narratorki jest tak wnikliwa, że można by sądzić, iż tekst – mimo że osadzony w konkretnym czasie i miejscu – napisała współczesna poetka lub pisarka. Wszystko to jest nam przecież tak bliskie – tęsknota za miłością, pragnienie przygód i podróży, wrażliwość na przyrodę i krajobrazy, opiekuńczość wobec zwierząt, smutek i melancholia (Los nie jest moim przyjacielem, Kapłanowi przyśniła się płacząca postać/tarzająca się po podłodze/Taki był mój obecny stan/To był koniec wszystkiego – pisze Sarashina). Tajemnicza Japonka była kobietą raczej uczuciowo niespełnioną, ale z pewnością utalentowaną.

Węgierski kompozytor Péter Eötvös skomponował operę w dziewięciu obrazach, której angielskie libretto – na podstawie wspomnianego pamiętnika – napisała jego żona, Mari Manzei. Kompozytor sięgnął chętnie po poetyckie fragmenty z tej prozy: o snach, wędrówce dusz (historia kotki, w którą wcielił się duch młodej dziewczyny), dążeniu do pełni, z lunarną symboliką. Muzyka Eötvösa jest równie wyrafinowana, jak tekst Sarashiny. Muzyka wspiera narrację, towarzyszy słowu, delikatnie ilustruje akcję, jak w kapitalnej, dowcipnej scenie z kotką, tworzy odrealnione nastroje lub takie, które odpowiadają stanom psychicznym postaci. W jednej ze scen słychać też stylizację na muzykę Wschodu – w tym ciekawym fragmencie dominują instrumenty dęte drewniane i perkusyjne. Kompozytor wykorzystał całe swoje doświadczenie kompozytorskie na różnych polach muzyki współczesnej, aby dzięki mistrzowskiej syntezie tych środków stworzyć partyturę lekką i sugestywną.

Na scenie

Opera Eötvösa znalazła świetnego realizatora w osobie japońskiego reżysera Ushio Amagatsu, który ma duże doświadczenie w pracy w teatrze ruchu i tańca butoh. Zrobił przedstawienie niezwykle czyste, przemyślane i precyzyjne, w którym gest, obraz, światło, kostium mają dużą siłę wyrazu. Mimo że poruszenia i gesty postaci zdają się wywodzić z jakiegoś wschodniego rytuału, to jednak dla Amagatsu forma jest zdecydowanie sposobem na nawiązania kontaktu z widzem, a nie wartością samą w sobie. Dlatego przedstawienie to ogląda się z dużą przyjemnością. Minimum środków, maksimum wyrazu. Obaj twórcy mieli okazję trzykrotnie ze sobą współpracować: Eötvös, który jest również świetnym kapelmistrzem, dyrygował przedstawieniem Zamku Sinobrodego w Tokio w reżyserii Amagatsu, później zaś Japończyk wyreżyserował premierę skomponowanych przez Węgra Trzech sióstr według Czechowa. Trzecią wspólną pracą była właśnie Lady Sarashina, której prapremiera odbyła się w 2008 r. w Lyonie. Widać, że obaj twórcy mają dobre porozumienie, bo muzyka i obraz idealnie ze sobą współgrały. Mocną stroną przedstawienia jest obsada, ta sama, która zagrała w prapremierze. Czworo wykonawców – zarazem śpiewaków, aktorów i tancerzy, tworzy kilka różnych ról, z wyjątkiem śpiewaczki, która kreuje Sarashinę. W warszawskim przedstawieniu była nią Finka Anu Komsi – rewelacyjny głos, który zyskał uznanie samego Eötvösa, który specjalnie dla niej dopisał do partii Sarashiny fragment, złożony z najwyższych dźwięków skali sopranowej. Wrażenie było niesamowite – Komsu zaśpiewała je idealnie czysto, lekko i wyraziście, w całym zresztą przedstawieniu operowała głosem silnym, świetnie postawionym i dźwięcznym, o różnorodnej ekspresji. Znakomitymi partnerami byli dla niej Ilse Eeerens (sopran), Salome Kammer (mezzosopran) i Peter Bording (baryton).

Kompozytor

Po premierze miałam okazję rozmawiać z kompozytorem, którego muzykę poznałam dzięki festiwalowi Warszawska Jesień, na którym jest często grany i występował również jako dyrygent.

Ma 69 lat, urodził się w Transylwanii, po studiach w budapeszteńskim konserwatorium wyjechał do Niemiec, gdzie praktykował w radiowym studio eksperymentalnym w Kolonii, zajmując się muzyką elektroakustyczną. Ważną sprawą była też współpraca z Karlheinzem Stockhausenem, którego utworami dyrygował. Następnie przeniósł się do Paryża, gdzie rozpoczął współpracę z Pierrem Boulezem i IRCAM, został też dyrektorem muzycznym Ensemble Intercontemporain i współsprawcą wysokiego poziomu tego legendarnego zespołu muzyki nowej.

Ostatnio wyraźnie upodobał sobie formę opery – zaczęło się od sukcesu Trzech sióstr (1997), łącznie z Sarashiną skomponował dziewięć oper, ale – jak powiedział – pracuje nad trzema następnymi, których premiery odbędą się w najbliższym czasie w Wiedniu, Frankfurcie i Nowym Jorku. Pierwsza z tych oper znów traktuje o kobiecie – Lilith, domniemanej pierwszej żonie Adama, uznawanej za archetyp kobiecości. Tytuł Paradise reloaded (Lilith). Premiera w październiku w Wiedniu. Kolejne dwie to Golden Dragon i Senza sangue na podstawie powieści Alessandro Baricco – premiera za dwa lata. Zaintrygowało mnie, jak trafił na ślad pamiętników Sarashiny. Punktem wyjścia było zamówienie złożone ponad 10 lat temu przez festiwal w Donaueschingen – chodziło o utwór, w którym nie byłoby śpiewu, lecz tylko słowa i zespół instrumentów. Eötvös szukał więc odpowiedniego tekstu. Znajomy z opery we Frankfurcie zachęcił go do sięgnięcia po pochodzący sprzed tysiąca lat pamiętnik Japonki, a ponieważ Eötvös w latach 70. mieszkał przez pewien czas w Japonii i nauczył się języka, chętnie posłuchał rady. I się zachwycił. – To był idealny tekst. Od razu po przeczytaniu wiedziałem, jak ma brzmieć moja muzyka. – powiedział mi. Tak powstał utwór quasi-operowy pt. „As I crossed a Bridge of Dreams”. Po latach, gdy otrzymał kolejne operowe zamówienie, tym razem z Lyonu, zdecydował się sięgnąć ponownie po Sarashinę, tym razem jednak po to by stworzyć pełnowartościowe dzieło operowe, które z poprzednim utworem łączył tylko tekst utalentowanej Japonki. Nie pierwszy to raz dobra literatura przyczyniła się do powstania muzycznego arcydzieła.

Anna S. Dębowska

Péter Eötvös, „Lady Sarashina”, opera w dziewięciu obrazach, reżyseria Ushio Amagatsu, dyrygent Christian Schumann, Teatr Wielki – Opera Narodowa w Warszawie, premiera 7 kwietnia 2013 r.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: