Esa-Pekka Salonen w mieście Lutosławskiego

16 Mar

Philharmonia Orchestra i Salonen to wspaniali muzycy, którzy ani na moment nie tracą intensywnego kontaktu z muzyką, którą grają.

W minioną środę w Filharmonii Narodowej w Warszawie pierwszy raz w Polsce wystąpiła londyńska Philharmonia Orchestra, zarazem swój pierwszy koncert w naszym kraju dał Esa-Pekka Salonen, obecnie główny dyrygent i dyrektor artystyczny tej orkiestry. Koncert odbył się z okazji Roku Witolda Lutosławskiego, jako kolejny odcinek autorskiego cyklu koncertowego pt. „Woven-Words. Lutosławski Centenary”. Miałam okazję wysłuchać pierwszego koncertu z tej serii 30 stycznia w Royal Festival Hall w Londynie – solistą w „Koncercie fortepianowym” był Krystian Zimerman. Warszawski występ tego zespołu pod wieloma względami był o wiele ciekawszy.

Sprawa z Salonenem i Lutosławskim jest znana – Fin jest gorącym wielbicielem muzyki Polaka. Znał go osobiście, spotkawszy kompozytora ponad 30 lat temu w Helsinkach. Salonen studiował wówczas kompozycję i szukał kontaktu z autorem „Gier weneckich”. Jak się dowiedziałam z rozmowy, którą przeprowadziłam z nim w dniu koncertu dla „Gazety Wyborczej”, fiński artysta był zafascynowany polską kulturą na długo przed poznaniem Witolda Lutosławskiego. Z zapałem czytał Lema, znał muzykę Serockiego, Bairda, Schaeffera, wiedział, co się dzieje na festiwalu „Warszawska Jesień”; nie był jedynym młodym Finem, dla którego polska literatura, muzyka, film i teatr były czymś bardzo atrakcyjnym i inspirującym, pomimo istnienia żelaznej kurtyny. Nie można wykluczyć, że Polska i dziś mogłaby być liderem kulturowym w regionie krajów nadbałtyckich. Wygląda jednak na to, że jej (nam?) na tym nie zależy.

Indywidualny styl kompozytorski, który udało się Lutosławskiemu wykuć przez wiele lat długiego dojrzewania, wywarł na młodym Salonenie silne wrażenie, które trwa do dziś. „Kiedyś interesowała mnie struktura jego utworów. Byłem wtedy jak chłopak, który zagląda do pudła telewizora, bo jest ciekaw, na jakiej zasadzie powstaje na ekranie obraz. Teraz interesuje mnie przekaz emocjonalny. Wykonywanie Lutosławskiego sprawia mi coraz większą przyjemność i na tym się skupiam” – powiedział mi Salonen.

Pamiętałam o tym, słuchając koncertu pod jego batutą. To były cudowne przeżycia. Salonen jest przenikliwym czytelnikiem partytur, który myśli formą, całością, ale ma też świadomość znaczenia poszczególnych fragmentów, którym nadaje indywidualne znaczenie. Wie, że zanim puści się muzykę na żywioł, trzeba ją przegryźć na wylot i przetrawić i uładzić w głowie. Potrafi niezwykle skutecznie wyegzekwować swoją wizję. Orkiestra harmonijnie reagowała na jego gesty, w sposób znamionujący doskonałe porozumienie. Chwilami miałam wrażenie, jakby Salonen nie dyrygował, ale grał na wielogłosowym instrumencie. Jak wspaniale zresztą brzmiał ten instrument! Muzyka „Lutosa” zabrzmiała z całym swoim symfonicznym przepychem. Dla Salonena twórca „Muzyki żałobnej” był geniuszem – tyle było słychać wiary w każdy takt, że nie można mieć co do tego wątpliwości. Philharmonia Orchestra i Salonen to wspaniali muzycy, którzy ani na moment nie tracą intensywnego kontaktu z muzyką, którą grają.

Trzy czwarte programu stanowiły dzieła Lutosławskiego. Na początek poszła wspomniana „Muzyka żałobna” z 1958 r., utwór przełomowy w dorobku Lutosławskiego, kilkunastominutowe arcydzieło, zbudowane z żelazną logiką i z genialnym wyczuciem dramaturgii. Zabrzmiała mocniej niż w Londynie (na otwarcie „Woven-Words”). W tym utworze muzyka narasta i gęstnieje w nabitych dźwiękami akordach trzeciej części, „Apogeum”. Potrzeba naprawdę świetnego dyrygenta, aby wyraźnie pokazać ten proces. Po „Apogeum” następuje odprężenie, w którym cały kwintet smyczkowy gra unisono główny, poruszający temat, oparty na trytonie (mówi się o nim jako o „figurze śmierci”). Ów kontrast, przejście od maksymalnej złożoności akordów do grania jednym głosem ma w sobie wielki, estetyczny walor, który stał się dla mnie czytelny dopiero w wykonaniu Philharmonia Orchestra. I jeszcze to powolne zamieranie i redukowanie się muzyki w „Epilogu”; piękne wiolonczelowe solo, kończące się pojedynczym interwałem trytonu, który zabrzmiał tak bardzo wymownie.

I zaraz potem zabrzmiał „Koncert wiolonczelowy”. Norweg Truls Mork oczarował mnie pięknym tonem i emocjonalnym podejściem do muzyki w ubiegłym roku na Festiwalu Beethovenowskim, kiedy z Die Deutsche Kammerphilharmonie Bremen zagrał Schumanna. Nie zawiódł mnie także w Lutosławskim.

Z finezją i lekkością, czarownie zabrzmiała po przerwie suita „Moja matka gęś” Maurycego Ravela. Muzyka pod dyrekcją Salonena ma wyraźny kształt, ciężar, kolor, dynamikę; rozlewa się łagodną falą, musuje feerią przeróżnych barw. Wspaniałe efekty pojawiają się, gdy Fin dyryguje utworami kompozytorów wrażliwych na koloryt orkiestry, jak Ravel właśnie oraz Lutosławski.

Kulminacją programu była IV Symfonia. Jest to dzieło o niewielkich rozmiarach (trwa ok. 20 minut), ale maksimum ekspresji. Tajemnicze, wyjątkowe, niepokojące, przedstawia świat, jakby po „katastrofie, kataklizmie”, wedle słów samego dyrygenta. Początek, w którym słychać harfę w innym metrum niż resztę orkiestry, kojarzy mi się z IX Symfonią Mahlera. Andrzej Chłopecki pisał: „łabędzi śpiew Lutosławskiego” (powstała na dwa lata przed śmiercią twórcy). Pierwszym wykonawcą IV Symfonii był właśnie Salonen, który nagrał dzieło w 1993 r. wraz z Los Angeles Philharmonic. Układające się na wielu planach muzyczne krajobrazy, płynna, linearna narracja, sugestywne wyciszenia i potężne kulminacje – interpretacja Salonena miała charakter i siłę. Po tym koncercie stałam się fanką Esy-Pekki.

Unknown

Z tego powodu cieszę się z powyższego jubileuszowego, dwupłytowego albumu, zawierającego komplet symfonii Lutosławskiego. Jest to wznowienie archiwalnych nagrań Salonena i Los Angeles Philharmonic (symfonie II, III i IV) z dograną w ubiegłym roku I Symfonią oraz „Fanfarą” (1993). Słuchając II i III Symfonii, nie mogłam wyjść z podziwu i zachwytu nad tym, ile muzykowania i sensu odnalazł Salonen w słynnych fragmentach aleatorycznych (zakładających rytmiczną i czasową dowolność wykonania, ale w określonych przez twórcę ramach). W jego ujęciu nie chodzi tylko o migotliwość barw i faktur orkiestrowych. Zresztą posłuchajcie sami dyrygenta, który potrafi doskonale zapanować nad czasem muzycznym i opowiadać dźwiękami (jego ulubiony cytat brzmi: „Music begins where words end”).  Dwupłytowy album Sony Classical jest na polskim rynku.

Anna S. Dębowska

P.S. Między „Muzyką żałobną” a „Koncertem wiolonczelowym” po sali rozeszła się wieść, że wybrano nowego papieża. To oznacza, że niektórzy słuchacze mieli jednak włączone smartfony.

Recenzja koncertu z 13 marca 2013 r. w Filharmonii Narodowej w Warszawie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: