Nieskończenie wspaniała Podleś

24 Lu

Polski contralto assoluto jest fenomenem – nad przyjemnością słuchania Ewy Podleś górował we mnie podziw dla niezwykłej fizjologii kontraltu, obfitującego w bogaty i zmienny koloryt brzmieniowy.

Zbiegł się on z wydaniem książki o śpiewaczce zatytułowanej właśnie Contralto assoluto, którą napisała Francuzka Brigitte Cormier, a wydało Polskie Wydawnictwo Muzyczne, jeszcze przed francuską edycją (zaplanowaną na koniec tego roku przez wydawnictwo Symetrie).

Tytuł Contralto assoluto mówi zarówno o wybitnym talencie wokalnym i aktorskim Ewy Podleś, jak przede wszystkim o jej wyjątkowym głosie – kontralcie o rozpiętości trzech oktaw, który pozwala śpiewaczce brać niskie tony właściwe głosowi barytonowemu oraz sięgać wysoko w skali sopranowej (dźwięki z oktawy dwukreślnej). Prawdziwych kontraltów jest na świecie niewiele, a w tym elitarnym gronie Ewa Podleś od dawna wiedzie prym. Kto nie wierzy, że polska śpiewaczka naprawdę jest fenomenem, powinien był stawić się obowiązkowo na piątkowym koncercie w Operze Narodowej, aby się o tym dobitnie przekonać.

Słuchanie tego głosu – krągłego, gęstego od wibracji i lejącego się jak ciepła czekolada (Ewa Podleś w cudowny sposób łączy dźwięki, to po prostu legato assoluto) – było prawdziwą przyjemnością. Ale nad przyjemnością górował podziw dla niezwykłej fizjologii kontraltu, obfitującego w bogaty i zmienny koloryt brzmieniowy. Nie pierwszy raz miałam wrażenie, jakby z gardła Ewy Podleś wydobywało się kilka różnych głosów: szlachetny sopran, bohaterski tenor, głęboki baryton; i gdyby zamknąć oczy, można by sądzić, że na podium estrady stoi nie solistka, ale kilkoro śpiewaków, którzy przejmują jeden po drugim linię melodyczną.

Ktoś, kto ma takie możliwości, do tego talent dramatyczny i wielką muzykalność, potrafi stworzyć interpretacje, które na długo pozostają w pamięci. Ja do dziś mam w pamięci wspaniałą kreację Podleś w Pieśniach i tańcach śmierci Musorgskiego, które zaśpiewała w 2002 r. w Filharmonii Narodowej (przy fortepianie towarzyszył jej Garrick Ohlsson). W piątek śpiewała fragment kantaty Aleksander Newski Prokofiewa – popłynęła szeroko surowa i smutna pieśń lamentacyjna Ja pojdu po polju bielomu. Ledwo skończyła, rozległy się oklaski, a ja poczułam, że nie jestem w stanie się poruszyć, że chcę tak trwać, a nie tłuc brawo i niszczyć nastrój. (To zresztą odrębna kwestia – bardzo często publiczność nie daje muzyce wybrzmieć, tylko rwie się do braw).

Być może głos Ewy Podleś nie jest już tak ruchliwy, jak kiedyś (odniosłam takie wrażenie, słuchając arii Dover, giustizia z Polinessa Haendla, która zabrzmiała jednak na początku koncertu). Ale jeśli chodzi o siłę wyrazu, jest on jedyny w swoim rodzaju. I ma ciężar gatunkowy, którego nie posiada żaden inny głos. Tak było w Prokofiewie, w Stride la vampa z Trubadura Verdiego, Voce di donna o d’angelo z Giocondy Ponchiellego. Z energią wybrzmiał toast Maffio Orsiniego z Lukrecji Borgii Donizettiego. Szukając nowych możliwości ekspresyjnych w Rossinim, który jest  j e j  kompozytorem, Ewa Podleś wprowadziła w ubiegłym roku do swojego repertuaru jego zapomnianą operę Ciro in Babilonia (1812). Śpiewała ją już w Nowym Jorku i w Pesaro, w Warszawie zaśpiewała recytatyw i arię Ciro infelice.

Były dwa bisy – artystka była szczęśliwa z powodu entuzjastycznego przyjęcia przez publiczność na jej macierzystej bądź co bądź scenie, na której debiutowała w roku 1977. Ze swadą zapowiedziała arię Madame de la Haltiere z Kopciuszka Masseneta: „To jest dama, która poucza męża, że w życiu głowę należy nosić wysoko, a od gawiedzi się opędzać. W rodzinie miała i kardynałów, i admirałów, i teraz to wszystko mężowi przedstawia” – zapowiedziała śpiewaczka. Takie postacie charakterystyczne to woda na młyn talentu Podleś, która jest świetna i jako tragiczka, i w komediowych wcieleniach. Jako drugi bis zabrzmiała aria Cruda sorte z Włoszki w Algierze, po czym artystka wymownie przeciągnęła palcem wskazującym po gardle, dając do zrozumienia, że dość już śpiewania na dziś.

Koncert byłby wspaniały i niezapomniany, gdyby nie „przerywniki”, czyli występy Orkiestry Teatru Wielkiego, która między wejściami solistki grała uwertury z wybranych oper (Il Signor Bruschino, Wilhelm Tell, Moc przeznaczenia, wstęp do III aktu Solomona Haendla, Chór Cyganów z Trubadura). Orkiestra jest w słabej formie, nie pomógł przywieziony przez Ewę Podleś niemiecki dyrygent młodego pokolenia Michael Guettler.

POST SCRIPTUM:

Ewa Podleś na zwołanej parę dni wcześniej konferencji prasowej powiedziała, że mimo przejścia na emeryturę (ma 61 lat), nie schodzi ze sceny: „Nigdy nie zapytają mnie państwo dlaczego  j e s z c z e  śpiewam, najwyżej dlaczego  j u ż  nie śpiewam” – dodała, a Waldemar Dąbrowski, dyrektor naczelny Opery Narodowej, zapowiedział, że szykują się dla Ewy Podleś kolejne zaproszenia na warszawską scenę. Bardzo się z tej perspektywy cieszymy!

W tym kontekście warto przypomnieć anegdotę zacytowaną przez Brigitte Cormier w Contralto assoluto: w 1994 r. dyrektor Teatru Wielkiego w Poznaniu anulował spektakle Semiramidy, w której brylowała Ewa Podleś, artystka o światowej już wówczas renomie. Powód? „W moim teatrze nie ma miejsca dla transseksualistki!”. Aż trudno uwierzyć, że powiedział to… Sławomir Pietras.

Anna S. Dębowska

Koncert odbył się 22 lutego 2013 r. w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej w Warszawie.

Reklamy

Komentarze 3 to “Nieskończenie wspaniała Podleś”

  1. bartoromero 25/02/2013 @ 08:55 #

    votum sepratum… 🙂
    Niestety nie w pełni mogę zgodzić się z Panią Dębowską. Ewa Podleś dysponuje niezwykłym głosem, ale zbyt często epatuje tymi „kolorami”. Każdy śpiewak dąży do wyrównania rejestrów, a pani Podleś podkreśla przechodzenie z rejestrów głowowych na piersiowe i efekt bywa… karykaturalny…
    Tak – nie leżę plackiem przed jej niewątpliwym talentem – uczyniła sztukę z czegoś, co inny muzycy uważają za błąd – i chwała jej za to! Jednak nie każdemu podoba się to, co robi… Oddaję jednak – pomimo specyficznej barwy bardzo dba o tekst, dykcję jak i intonację – a to wcale nie tak częste wśród śpiewaków… 🙂
    Niestety nie wyrabia się już w koloraturowych ariach – bo chodzi o to, żeby zachować pewne tempo i rytm POMIMO koloratur i fioriturek. Nie może być tak, że przy każdym obiegniku i koloraturze orkiestra, chór, dyrygent właściwie „stają”, by artystka mogła „zmieścić” się w tempie… To można zrobić raz, czy dwa – w jakimś pełnym afektu momencie arii, w kadencjach – ale na Boga – nie co takt! Lub 2-3 razy w KAŻDYM takcie…
    Nie zgadzam się też z oceną gry orkiestry. Bo – chcąc być uczciwym – trzeba powiedzieć, że orkiestra grała czasami bardzo dobrze. A granica przebiegała pomiędzy utworami które znali, a tymi, które były nowe… Także albo za mało prób, albo dyrygent młodego pokolenia nie był aż tak sprawny i elektryzujący, aby to „ogarnąć”…
    Koncert pozostawił we mnie także pewien niedosyt – 6 arii przez cały koncert… ciut mało…
    Choć wiem wiem – wiek i konieczność dbania o siebie i głos…

    • beethovenmagazine 27/02/2013 @ 13:12 #

      Nie mogę się zgodzić z określeniem „karykaturalny”. Nie miałam wrażenia, aby Ewa Podleś przekroczyła w którymkolwiek momencie granicę dobrego smaku. Jeśli chodzi o wyrównaną emisję – czy zauważył Pan z jaką lekkością przeskoczyła o oktawę niżej na ostatniej nucie w arii Polinessa?
      Co do ruchliwości koloratury, zgadzam się, wspomniałam zresztą o tym w tekście. Ale która śpiewaczka w wieku Pani Podleś zachowuje tak wspaniałe brzmienie głosu? Wolę wyrzucić z pamięci popisy koloraturowe Edity Gruberovej sprzed paru lat (scena Łucji z III aktu) – przynajmniej Podleś wie, których rzeczy już nie śpiewać, żeby się nie ośmieszyć.

      • bartoromero 27/02/2013 @ 13:56 #

        Właśnie o to przeskakiwanie mi chodzi… Pewnie to po prostu już indywidualne odczucia (słynna tzw. „kwestia gustu” 😉 – dla mnie już to brzmiało – jeśli nie karykaturalnie (bo to słowo ma pejoratywny wydźwięk) – ale conajmniej – dziwacznie.
        Odwołam się do przykładu – dla mnie niezrównanej – Teresy Berganzy. Pomimo osiągania wysokich dźwięków i wynikającego z muzyki – schodzenia na rejestr piersiowy – brzmiało to po prostu „łagodniej”. A Ewa Podleś robi to w taki sposób, że dodatkowo zdaje się podkreślać piersiowy rejestr. Jest on bardzo oderwany od alikwotów wyższych rejestrów. Stąd wrażenie, jakby śpiewały dwie różne osoby. Kwestią sporną przypuszczam pozostanie – czy to jest estetyczne, czy nie… Dla mnie nie jest. 🙂

        Pani Podleś zachowuje świeżość głosu – niewątpliwie! Ale ma komfort śpiewania pewnie ze 20 razy w roku… Poza tym – jak w warszawskim recitalu – zaśpiewanie kilku zaledwie arii – odpoczywanie po każdej (uwertury, chóry)… Mądrze się zachowuje. Przypomina mi Alfredo Kraus’a, który również śpiewał – zaledwie kilka partii – dbał o higienę głosu – ograniczał ilość koncertów dawanych rocznie… I jak pięknie i świeżo śpiewał przy 70-tce…
        No ale tak jest, jeśli nie trzeba „zarabiać”, bo się ma wystarczające zaplecze finansowe 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: