Beethoven na cztery smyczki

13 Gru

– Muzyka, która 10 lat temu wydawała się awangardowa, dzisiaj już taką nie jest. Beethoven wciąż zaskakuje i prowokuje do myślenia – uważa Krzysztof Chorzelski, altowiolista Belcea Quartet.

Zdjęcie 2012-12-13 14-03-19

Na płytach Zig-Zag Territoires ukazała się pierwsza część wszystkich kwartetów smyczkowych Ludwiga van Beethovena w nagraniu Belcea Quartet, jednego z najlepszych kwartetów na świecie. Po mistrzowskich wykonaniach Schuberta, Brahmsa, Bartoka, Brittena, w karierze Belcea Quartet przyszedł czas na sól muzyki kwartetowej, czyli 17 arcydzieł Beethovena: sześć z op. 18, następnie op. 74, op. 95 oraz sześć późnych kwartetów, wliczając w to słynną Grosse Fuge. Tym razem Belcea Quartet nie wystąpi pod szyldem wytwórni płytowej EMI, lecz francuskiego labela Zig Zag Territoires, dla którego 12 lat wcześniej nagrał kwartety Janačka. Druga część ukaże się na początku przyszłego roku, a w marcu kwartet Belcea wystąpi w Warszawie na 17. Wielkanocnym Festiwalu Ludwiga van Beethovena. Zanim to nastąpi, będzie można obejrzeć rejestrację ich koncertów z Wiednia, którą na DVD wyda Helios.

Damian Kułakowski: Od wielu lat mieszka pan w Anglii i obserwuje tamtejsze życie muzyczne. W Polsce zawód muzyka to ciężki kawałek chleba. Jak to wygląda na wyspach?

Krzysztof Chorzelski: W Anglii też jest to ciężki chleb. Może z innych powodów, przede wszystkim z tego względu, że Londyn jest centrum świata muzycznego i panuje tu niesłychana konkurencja. Trudno wyrobić sobie pozycję. Można znaleźć dobrą pracę w Londynie, ale wymaga to stałego doskonalenia się, ciągłych starań. Nie można liczyć na wygodną posadę w orkiestrze do emerytury.

Myślę, że jest zasadnicza różnica w podejściu do muzyki. Mam wrażenie, że polska edukacja muzyczna ma pewne walory, których brakuje jej zachodniej odpowiedniczce. W Polsce mamy poważne, sumienne podejście do naszego rozwoju. Traktujemy muzykę z pokorą, jako coś wyższego od nas. Tę cechę bardzo cenię. Młodzi ludzie więcej wymagają od siebie niż ich rówieśnicy na Zachodzie. Tu jednak pojawia się niebezpieczeństwo. W wyniku takiej postawy nie mamy odwagi, aby przekroczyć pewne konwencje w wykonawstwie i wyrażać siebie. Na Zachodzie nierzadko odczuwam niedosyt środków. My natomiast mamy tych środków w bród, ale często nie wiemy, jak nimi pokierować, aby wyrazić swoje odczucia w interpretacji muzyki.

Dlaczego po zwycięstwie w konkursie skrzypcowym im. Tadeusza Wrońskiego zdecydował się pan zostać altowiolistą? 

To stało się przypadkiem i miało związek z Belcea Quartet. Zawsze kochałem kameralistykę. To była moja największa pasja. W trakcie studiów w Londynie często grałem w kwartetach pierwsze lub drugie skrzypce. W pewnym momencie nawiązałem kontakt z nowo powstałym kwartetem, którego liderka nazywała się Corina Belcea, i jest jego prymariuszką do dziś. Muzycy skupieni wokół Coriny poprosili mnie o zagranie z nimi kwintetu smyczkowego Mozarta. Nigdy nie grałem na altówce, ale zgodziłem się z ciekawości. Bardzo przyjemnie nam się grało. Kilka miesięcy później powiedzieli mi, że szykują swój pierwszy poważny występ, ale ich altowiolista odchodzi, więc są w potrzebie. Znów zagrałem na altówce. Czułem, że jakość tego zespołu jest niesamowita, jednak po koncercie powiedziałem szczerze: „Na razie będę z wami grał, ale szukajcie prawdziwego altowiolisty, bo ja jestem skrzypkiem”. I tak zostało. Teraz żartujemy, że kwartet cały czas szuka altowiolisty i nie może go znaleźć, dlatego wciąż jestem w zespole.

Jak pan wspomina początki gry na altówce? 

Wydaje mi się, że najlepsze decyzje w życiu podejmuje się przez przypadek, spontanicznie. Zawsze chciałem spróbować gry na tym instrumencie, ale nie spodziewałem się, że będzie to tak naprawdę moja główna działalność. Pamiętam, że na jednym z pierwszych koncertów zapisałem sobie opalcowanie pod każdym dźwiękiem, dla pewności. Nie miałem pojęcia, jak się czyta nuty w kluczu altowym. Graliśmy wtedy kwartet op. 18 nr 5. Byłem jak pociąg – w każdej chwili mogłem się wykoleić. Emocje były spore.

Belcea Quartet wybił się na rynku angielskim, pełnym świetnych młodych zespołów. 

Może dlatego, że ma cechę typową dla Londynu, który jest tyglem wielu kultur i narodowości. Belcea Quartet też ma międzynarodowy skład. Na początku lat 90. wielu Rosjan, Polaków, Rumunów przyjechało do Londynu, by zrobić karierę. Był to też czas, kiedy Anglicy byli nas bardzo ciekawi, i z wzajemnością. To było pouczające doświadczenie dla kogoś, kto jak ja przybył z Polski. Edukacja muzyczna i mentalność na wschodzie i zachodzie Europy jest tak odmienna, że możliwość spotkania i korzystania z tych różnic okazała się bardzo twórcza. Myślę, że styl Belcea Quartet wynika właśnie z tego, że jest mieszanką różnych spojrzeń na muzykę. Nie staramy się tych odmienności tuszować.

Poza tym kwartet jest tworem połączonych ze sobą indywidualnych cech nas wszystkich. Wielka muzyka kwartetowa też jest napisana w ten sposób. Mamy cztery głosy, które z jednej strony są niezależne, a z drugiej tworzą nadrzędną całość. Oczywiście, indywidualność musi być zachowana. Myślę, że to jest cecha naszego kwartetu. Nie jesteśmy zespołem czterech osób, które grały przez całe życie w jednej szkole, uczyły się u tych samych pedagogów, mają ten sam styl.

Czy w kwartecie smyczkowym jest miejsce na wirtuoza-solistę?

To zależy. Jeśli będzie to osoba całkowicie skoncentrowana na sobie i niezainteresowana otoczeniem, to moja odpowiedź brzmi „nie”. Jeśli zaś mówimy o muzyku, który odczuwa indywidualnie muzykę i ma świadomość, że wokół niego dzieją się rzeczy większe od niego – to jak najbardziej. Myślę, że wielcy soliści właśnie tacy byli. Kameralistyka jest domeną takich osobowości.

Jak zatem wygląda praca w kwartecie? Czy zdarzają się polemiki? 

Różnice zdań są zawsze. Muzyka ma w sobie taką siłę, że sama odpowiada nam na pytanie, kto ma rację. Jeśli czyjś pomysł nie jest przekonujący w realizacji dźwiękowej, wszyscy czują to wyraźnie i wiedzą, że kierunek nie jest właściwy. Nie zmienia to faktu, że kontrowersje są stale obecne, tylko że każdy z nas ma świadomość, iż może się mylić. Gdyby był przekonany o słuszności tylko własnego pomysłu, praca byłaby ciężka.

Jaka jest filozofia kwartetu jako formy muzycznej?

Wydaje mi się, że kwartet wykształcił się jako idealna forma muzyczna. Przez to doskonale abstrakcyjna. To cztery głosy, które są ze sobą homogenicznie związane pod względem rodzaju dźwięku. Poprzez połączenie dwojga skrzypiec, altówki i wiolonczeli mamy całą skalę, jaka jest potrzebna do pracy. Jest w tym doskonała proporcja. Filozofia kwartetu to kwestia przeciwstawienia „czystości” jego brzmienia brzmieniu orkiestrowemu z całym jego bogactwem barw i efektów. Brak tych środków skłania do głębszego wniknięcia w samą istotę kompozycji. Gatunek ten wymaga dojścia do wnętrza, do rdzenia siebie jako kompozytora. Szczególnie myślę tu o Beethovenie, który niesamowicie wysoko cenił tę formę.

Dlaczego nagraliście cykl Beethovena, pomijając komplety Haydna i Mozarta? 

Jeśli chodzi o pojęcie cyklu, to tak naprawdę ani kwartety Mozarta, ani Haydna nie tworzą całości. To raczej zbiory pojedynczych utworów. W przypadku Beethovena pojęcie cyklu jest bardziej nowoczesne. Na tym przykładzie możemy prześledzić drogę twórczą kompozytora. Jego rozwój. W każdym z jego kwartetów tkwi wyjątkowa wartość. Na ich podstawie można obserwować nie tylko rewolucję, która się dokonała w twórczości Beethovena, ale rewolucję w dziejach muzyki. Kto wie, czy nie był to największy przełom w jej historii.

Jak przygotowywaliście się do nagrania?

Kwartety te graliśmy od początku. Stopniowo powiększaliśmy ich liczbę i jakieś dwa lata temu mieliśmy wszystkie w repertuarze. Pomagali nam inni muzycy, którzy inspirowali nas i przekazali dużo wiedzy na ten temat. Ostatnio staramy się pracować z muzykami, którzy nie są członkami kwartetów. Często mamy „lekcje” z muzykami innych specjalności, np. z pianistami, jak Alfred Brendel i Stephen Kovacevich, bo mają głęboką wiedzę o Beethovenie, do której my wciąż dochodzimy.

Na początku waszej działalności współpracowaliście z Amadeus Quartet, legendą w świecie muzycznym. Co z tego wynieśliście?

Współpracowaliśmy z trzema członkami kwartetu, altowiolista już wtedy nie żył. Oni jako pierwsi uświadomili nam, że możemy być poważnym zespołem. Beethoven był wtedy w centrum ich zainteresowania. Zaszczepili w nas wrażliwość na jakość dźwięku, na rodzaj jego wydobycia. Barwa brzmienia Amadeusa jest po dziś dzień rozpoznawalna. Najlepiej to widać w kwartetach Mozarta, ale u Beethovena też. Także Alban Berg Quartet to nasi wielcy mistrzowie, którzy zwracali szczególną uwagę na dyscyplinę w osiągnięciu jednolitej artykulacji, brzmienia zespołowego, wyrażania intencji wykonawców. Współpraca z nimi miała na nas największy wpływ na początku kariery, ale ich rady nadal procentują.

Który z okresów twórczych Beethovena jest najatrakcyjniejszy dla takiego zespołu, jak kwartet smyczkowy?

Każdy z nich ma swoją specyfikę. Być może, z punktu widzenia publiczności, najbardziej efektowne są trzy kwartety z op. 53, skomponowane dla księcia Razumowskiego. Mają nieprawdopodobnie zwartą formę, są wirtuozowskie i bardzo efektowne estradowo. To w jakimś stopniu ukoronowanie procesu, w którym Beethoven znalazł swój niepowtarzalny styl. Myślę, że gdyby nie napisał swoich późnych kwartetów, i tak pozostałby mistrzem tej formy. Oczywiście kwartety z op. 18 są też niezwykłe. Są tam fragmenty o niesamowitej sile ekspresji. Można się w nich doszukać zupełnie niezwykłych rzeczy. Co więcej, op. 18 jest jeszcze bardzo klasyczny, ale wcale niełatwy do grania, wprost przeciwnie – wymaga absolutnej precyzji i przejrzystości. Dla mnie granie kwartetów z tego opusu naprawdę nie jest łatwe.

Dzieła późne, począwszy od op. 127, to kolejna rewolucja. Kwartet smyczkowy jako gatunek powstał ku rozrywce arystokracji. Miał więc charakter użytkowy. I nagle wziął się za niego Beethoven. Dla współczesnych był to szok, kwartet zaczął pełnić zupełnie inną funkcję. Nie były to już utwory dla amatorów. Do dziś sprawiają trudności. Nie jesteśmy w stanie do końca odkryć wszystkich tajników tych kompozycji. Muzyka, która 10 lat temu wydawała się nam awangardowa, dzisiaj już nią nie jest. Z Beethovenem jest inaczej, wciąż prowokuje do myślenia, wciąż zaskakuje.

Dlaczego zdecydowaliście się na live recording?

Mamy poczucie, że nagrywanie w studio ogranicza możliwość kreowania żywego dźwięku i podjęcia ryzyka w trakcie gry. Przy nagrywaniu live utrwalane są zawsze dwa koncerty. Między koncertami spędzamy dużo czasu w studio, żeby skupić się na pewnych detalach, które na koncertach są trudne do zrealizowania.

Wasze kwartety wydaje francuska wytwórnia Zig Zag Territoires. Coraz więcej wybitnych muzyków odchodzi z wielkich wytwórni do mniejszych lub zakłada własne. Dlaczego zerwaliście z EMI?

Wielkie wytwórnie płytowe musiały drastycznie zredukować swoje działy klasyczne, ponieważ zostały przejęte przez koncerny i biznesmenów, którzy nie mają zielonego pojęcia o muzyce klasycznej. Chodzi im tylko o przychód. Ich wnioski były proste: muzyka klasyczna sprzedaje się coraz gorzej, więc albo należy ją odpowiednio opakować, albo z niej zrezygnować. Ostatnie lata naszej współpracy z EMI to były ponure czasy. Na czele firmy co chwila stawały inne osoby, które nie wiedziały, co zrobić, żeby przetrwać na rynku. EMI najpierw samo zaproponowało nam cykl Beethovenowski na płytach, a potem – kiedy już nasze następne sezony zostały pod tym kątem zaplanowane – z niego zrezygnowało. Z naszej strony było oczywiste, że ten projekt – najważniejszy prawdopodobnie w całej karierze kwartetu – nie może wpaść w ręce wytwórni płytowej, która utraciła wizję przyszłości. Dążenie do rozstania było obopólne, a wybór Zig Zag w sumie łatwy: zaproponowali nam bardzo atrakcyjne warunki, poza tym współpracowaliśmy już wcześniej. Co do nagrań DVD, to wyda je firma Helios, będą też emitowane na antenie telewizji Mezzo w grudniu. A jest to – przypomnę – komplet kwartetów Beethovena „na żywo” nagrany podczas sześciu naszych wieczorów w wiedeńskim Konzerthaus.

Jakie są następne plany płytowe zespołu?

Jeszcze dokładnie nie wiemy. Na razie ukaże się tak duża porcja płyt, że chyba trochę odpoczniemy od nagrywania. W przyszłym roku gramy cały czas Beethovena, w marcu – na Wielkanocnym Festiwalu Ludwiga van Beethovena.

Rozmawiał Damian Kułakowski

ZZT315

BIO:

Krzysztof Chorzelski studiował w Warszawie i w Londynie. W 1992 r. wygrał Konkurs Skrzypcowy im. Tadeusza Wrońskiego w Warszawie. W Belcea Quartet gra od 1996 r. Obecnie jest profesorem londyńskiej Guildhall School of Music and Drama. Rozwija karierę kameralisty także poza kwartetem, jako partner Piotra Anderszewskiego, Stephena Kovacevicha, Katii Apekishevej. Ostatnio również dyryguje.

Belcea Quartet gra w składzie: Corina Belcea (I skrzypce), Axel Schacher (II skrzypce), Krzysztof Chorzelski (altówka), Antoine Lederlin (wiolonczela). Powstał w 1994 r. w Londynie, dzięki inicjatywie studentów Royal College of Music. Dyskografia zespołu obejmuje klasykę kwartetową od klasycyzmu po wiek XX. Był wielokrotnie laureatem i nominowanym do Gramophone Award.

Wywiad ukazał się w szesnastym numerze „Beethoven Magazine”  (Jesień 2012).
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: