Pechowa Manon

3 List

Dlaczego reżyser Mariusz Treliński, który tak chętnie podkreśla, że chce dokopać się w operze do mitu, archetypu, upycha ją równocześnie w zawężone ramy konceptu, osadzonego jak najbardziej „tu i teraz”?

 

Jeśli jesteś Manon Lescaut z ostatniej inscenizacji Mariusza Trelińskiego, to znaczy, że masz pecha. Nie dość, że swoją żądzą dręczy cię jakiś jugosłowiański gangster w białym garniturze, ze sztuczną nogą i maską tlenową; nie dość, że mu cię stręczy twój własny brat, który śpiewa barytonem, paląc papierosa; nie dość, że umierasz w hałasie, na stacji metra lub na innym dworcu, a nie na pustyni, jak twój Pucciniowski pierwowzór, a w tym czasie twój narzeczony układa się w kłębek na ławce i słodko zasypia. Nie dość więc, że to wszystko, to jeszcze reżyser nazywa ciebie – właśnie ciebie – kobietą fatalną, która tak strasznie namąciła w życiu tego młodego człowieka w korporacyjnym garniturze. Bo najpierw go uwiodłaś, potem porzuciłaś, później zmusiłaś do zmiany miejsca zamieszkania, a na koniec się rozchorowałaś i umarłaś. A wcześniej jeszcze się rozdwoiłaś. A w ogóle to cię nie było, bo reżyser wymyślił, że jesteś fantomem. I niespecjalnie wiedziałaś, co masz robić ze sobą na wielkiej scenie Opery Narodowej, więc bardzo często zmieniałaś peruki i płaszcze na jeszcze bardziej silikonowe. Wprawdzie dobrze śpiewałaś głosem Amandy Echalaz, ale tak w ogóle to można ci było tylko współczuć. Och, Manon!

Tak, bo nie tylko „reżyser miał pomysły”, jakby napisała Marta Fik, ale również dramaturg (Piotr Gruszczyński), niestety. Dramaturg, który bardzo lubi dopisywać swoje (na potrzeby „Manon Lescaut” stworzył nowe libretto, adaptację tego, które napisał Puccini i jego współpracownicy). I chociaż przyszedł ze świata teatru dramatycznego, ręka mu nie zadrżała, żeby dopisać coś również do partytury. Gdy więc po każdym akcie milknie zwiewna i barwna muzyka, która ma w sobie dużo eterycznej, niematerialnej energii (sygnalizuje: młodość, miłość, szczęście), zaraz odzywa się z offu łomot rozpędzonego pociągu metra, efekciarsko puszczony na black oucie. Czyżby symbol przeznaczenia Manon? Nawet nie chcę się nad tym zastanawiać, tak bardzo jest to fałszywe i pretensjonalne.

W przedstawieniu widać bolesne zderzenie naiwnych marzeń o idealnej miłości z bezwzględnością systemu, w tym przypadku kapitalistycznego, symbolizowanego przez sadystycznego mafioza i bezmyślny tłum w korporacyjnych „mundurkach”, który w przedostatnim akcie atakuje Manon. Nawet ciekawe. Co jednak z tego, skoro ten dramaturgiczny koncept zderza się z muzyką o zupełnie innym charakterze. Dlatego warto oglądać to przedstawienie z zamkniętymi oczami. Po prostu słuchać muzyki pięknej, porywającej, wstrząsającej (scena śmierci Manon, jedna z najbardziej sugestywnie pokazanych sytuacji tego typu w historii opery), dobrze wykonanej pod dyrekcją Patricka Fournillier.

Anna S. Dębowska

Giacomo Puccini, „Manon Lescaut”, reżyseria Mariusz Treliński, scenografia Boris Kudliczka, dyrygent: Patrick Fournillier, Teatr Wielki-Opera Narodowa, premiera 23 października 2012 r. Występują: Amanda Echalaz (sopran – Manon Lescaut), Thiago Arancam (tenor – Kawaler Des Grieux), Mikołaj Zalasiński (baryton – Lescaut), Marek M. Gasztecki (bas – Geront de Ravoir).

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: