Rustykalny Carmignola

16 Paźdź

Tak pomyślałam o słynnym włoskim skrzypku, słuchając jego wczorajszego koncertu w Filharmonii Narodowej.

 

Pierwszy raz Giuliano Carmignola odwiedził Warszawę w 2001 r., z okazji 100-lecia warszawskiej filharmonii. Podobno koncert był cudownym przeżyciem, w co nie wątpię ani przez chwilę, ponieważ go wielbię. Wówczas wystąpił z Wenecką Orkiestrą Barokową (urodził się w Treviso, w regionie Veneto), tym razem zagrał z Anglikami z Academy of Ancient Music.

Wtorkowy koncert miał swoją dramaturgię. Na Carmignolę trzeba było zaczekać, słuchając na początek Antonia Vivaldiego w wykonaniu muzyków brytyjskich. Najpierw zabrzmiała uwertura do opery „Olimpiada”. To jest fantastyczny utwór, taki rozbiegany, „napowietrzny”, bardzo teatralny, radosny, jakby migotały po nim promienie słoneczne (tymczasem na zewnątrz była jesienna, polska ulewa). Po prostu, Vivaldi. Zagrany został w sposób, który mnie nie zaangażował – nie zawsze czysto (intonacyjnie i artykulacyjnie), z zadyszką. „Tak sobie” wykonano też zwięzły Koncert g-moll RV 152 na orkiestrę smyczkową, punkt drugi programu. To było oczywiście „tak sobie” na poziomie świetnego zespołu (ośmioro skrzypiec oraz altówka, klawesyn i kontrabas jako basso continuo), może tylko trochę znudzonego występami.

Dopiero kiedy na estradę wszedł Carmignola, zrobiło się ciekawie, choć też nie od razu, ponieważ solista musiał się oswoić z akustyką sali. W obu częściach wieczoru zestawił ze sobą koncerty Vivaldiego (1678 – 1741) i Jeana-Marie Leclaira (1697 – 1764), który wzorując się na Wenecjaninie, przeniósł był formę koncertu na francuski grunt. Carmignola przewrotnie zaczął od Leclaira, mniej efektownego niż Vivaldi, a trudniejszego technicznie ze względu na niemal stale obecne dwudźwięki, trudne chwyty, łamane akordy i zmienne rodzaje smyczkowań z rikoszetami włącznie.

No cóż, jest fascynującym skrzypkiem. Ma doskonałą technikę, zwłaszcza prawej ręki – jego dłoń wydaje się nie trzymać smyczka, ale na nim swobodnie spoczywać. I to w najbardziej karkołomnych momentach. Dosłownie zamarłam, słuchając, jak „połyka” kolejne takty „diabelskiego” koncertu Leclaira. Trzeba było słyszeć (i widzieć), jak drapieżnie rzuca się na muzykę i narzuca puls orkiestrze, w którą pod jego wpływem wstąpił nowy duch muzykowania. W jego grze była taka siła, że można było wybaczyć mu drobne niedociągnięcia.

W swój żywioł wchodził w Vivaldim, w którym jego gra (na Stradivariusie z 1732 r.) nabierała wyjątkowej lekkości i blasku.

Co się nie podobało niektórym słuchaczom, Carmignola grał momentami surowo, szorstko, oszczędnie stosując wibrację, za to z wyrazistą artykulacją; daleko mu było do słodkiego dźwięku, a już zwłaszcza efekciarstwa. Nie wahał się zaatakować dźwięk agresywnie, mocno przy strunie – takie „przyskrzypienie” także jest u niego środkiem wyrazu. Dlatego piszę, że „rustykalny”.

Ale grał też pięknym, subtelnym i „oddychającym” piano. Szeroko, rozciągając muzykę w czasie. Dawał wybrzmieć ostatniej nucie, jakby „pokazując” gęstość jej brzmienia, pozwalając drganiom rozchodzić się w powietrzu (wielcy artyści tak właśnie potrafią „zaokrąglić” i „wykończyć” dźwięk). Czarował.

Carmignola nie jest skrzypkiem dla wielbicieli ckliwych obrazków z Wenecji lub Toskanii.

Może to nie był jego najlepszy koncert, ale wrażenie – niezapomniane.

Anna S. Dębowska

 

Giuliano Carmignola (skrzypce, dyrygent), Academy of Ancient Music, 16 października, Filharmonia Narodowa w Warszawie.

 
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: