„Chantez, chantez!” – rozmowa z Janem Lisieckim.

18 Kwi

Jan Lisiecki mówi magazynowi „Beethoven” online o swojej pierwszej płycie z winietą Deutsche Grammophon.

Anna S. Dębowska

„Mały książę fortepianu” – tak jeszcze niedawno nazwała prasa zagraniczna Jana Lisieckiego, Kanadyjczyka polskiego pochodzenia. Pod koniec marca Jan skończył 17 lat, ale kontrakt płytowy z fonograficznym gigantem Deutsche Grammophon podpisał jako 14-latek. Mały jest więc Jan, czy duży? Jego nowa płyta z koncertami Mozarta, która ukazała się 17 kwietnia, pokazuje, że nie jest już „cudownym dzieckiem”. To dojrzały, wybitny talent, który otrzymał przywilej związania się z legendarną wytwórnią płytową (Pollini, Argerich, Zimerman…) i udowodnił, że właśnie tam jest jego miejsce.

Wydana przez Deutsche Grammophon płyta Lisieckiego (pierwsza z zaplanowanych pięciu) nie jest jego fonograficznym debiutem. Na początku był Chopin – „live” z koncertami e-moll i f-moll ponad dwa lata temu wydał Narodowy Instytut Fryderyka Chopina. Na tych dwóch płytach gra dwóch różnych pianistów, których wspólną cechą jest wrażliwe ucho na śpiewne podłoże muzyki.

Wybór koncertów Mozarta – d-moll KV 466 i C-dur KV 467 – świadczy o samodzielności myślenia i odwadze solisty (od d-moll blisko już do Beethovena c-moll, a Jan przygotowuje teraz IV Koncert G-dur). Wolfgang Amadeusz jest przecież najbardziej wymagającym obok Chopina kompozytorem, który komponował na fortepian – jego finezyjny i klarowny styl bezlitośnie obnaża niedostatki talentu. Niełatwo, oj niełatwo, znaleźć ten gatunek dźwięku, elegancję, klasycystyczną deklamacyjność, subtelność wyrazową… Wydaje się, że Lisiecki nie musi szukać, że przychodzi mu to w naturalny sposób. Nie jest typem buntownika, który za wszelką cenę chce zaznaczyć swoją oryginalność. Słucha muzyki, otwiera się na nią i pozwala jej przemawiać. Tak to brzmi. Do tego naprawdę trzeba mieć talent. asd

Z Janem Lisieckim rozmawia Barbara Schabowska (Polskie Radio).

BS: Powiedz kilka słów o kulisach kontraktu z DG? Jak doszło do podpisania umowy? Czy pomogły ci w tym konkursy, może nagrody, które zdobyłeś od różnych radiofonii?

Jan Lisiecki: Konkursy chyba nie miały na to wpływu – wydaje mi się, że to dzięki koncertom udało mi się zainteresować wytwórnię. Po jednym z występów skontaktował się ze mną kanadyjski producent, przedstawiciel firmy. W mailu napisał, że chciałby mnie poznać. Nie było mowy  o płycie, tylko o spotkaniu. Na mój koncert w Montrealu przyjechała Ute Fesquet , która była wówczas dyrektor artystyczną. A potem pojechała za mną do Torunia i Warszawy. Po kilku takich koncertach w naturalny sposób rozpoczęły się rozmowy o kontrakcie. To było dwa lata temu.

To znaczy, że miałeś wtedy 14 lat?

Dokładnie tak. Kontrakt podpisaliśmy w Warszawie po festiwalu Chopin i Jego Europa. Cieszę się, że przedstawiciele Deutsche Grammophon podjęli decyzję po wysłuchaniu wielu moich koncertów, bo to oznacza dla mnie, że nie zaproponowali płyty jakiemuś cudownemu dziecku, ale że obserwowali mnie od dłuższego czasu i moja gra im się spodobała. Myślę, że teraz spoczywa na mnie duża odpowiedzialność.

Kontrakt obejmuje tylko tę płytę czy w planach są dalsze nagrania?

Kontrakt obejmuje pięć płyt, które mam nagrać w ciągu pięciu lat. Nikt mi niczego nie narzucał, mogłem powiedzieć, że chcę nagrać jedną płytę lub dwie. Pozostawiono mi też wybór repertuaru. I to też było sympatyczne, bo przedstawiciele DG byli całkowicie otwarci na moje propozycje. Nie chciałem nagrywać pierwszej płyty z Czajkowskim, Prokofiewem, czy Rachmaninowem, jak to robi wielu debiutantów. Chciałem nagrać Mozarta, bo to muzyka bliska mojej duszy. Te koncerty odsłaniają wszystko: kim się jest jako człowiek i jako muzyk.

Mozart wydaje mi się trudnym i odważnym wyborem, bo jego wyjątkowy styl jest papierkiem lakmusowym wszystkich umiejętności pianistycznych, nie tylko tych warsztatowych. 

Tak na pewno jest. Nie chodziło mi tylko o udowodnienie, że potrafię szybko grać, ponieważ teraz każdy to potrafi. Dziś na koncertach wszyscy grają niesamowicie biegle, wszystkie nuty są wygrane w stu procentach, tylko że publiczność nie po to przychodzi na koncert. Myślę, że niedługo ten sposób gry będzie musiał się zmienić. Ludzie potrzebują muzyki, a nie doskonałości technicznej.

To jakie jest twoje podejście do Mozarta? Podobno starasz się myśleć o jego utworach tak, jakby była to muzyka wokalna. To pomaga?

Bez względu na to jaką muzykę się wykonuje, ludzki głos powinien być punktem odniesienia. Grając, trzeba myśleć o śpiewie. Niektórych rzeczy, oczywiście, nie da się zaśpiewać, ale ta myśl powinna być stale obecna. Chopin mówił swoim uczniom: „Chantez! chantez!”. Warto skorzystać z tej rady, bo fortepian ze swej natury nie jest śpiewnym instrumentem. To trzeba na klawiaturze wypracować, myśląc właśnie o ludzkim głosie, o czymś wykraczającym poza samą grę na fortepianie.

Te dwa koncerty – d-moll i C-dur – powstały mniej więcej w tym samym czasie. To są dojrzałe dzieła Mozarta, które bardzo się od siebie różnią.

Bardzo, to prawda. I dlatego właśnie je nagrałem. Zapytano mnie kiedyś, dlaczego nie nagrałem płyty z utworami Mozarta na fortepian solo. Nie chodziło mi o to, żeby koniecznie zagrać z orkiestrą, zależało mi właśnie na tych dwóch koncertach. Koncert d-moll jest wyjątkowy, to jeden z dwóch koncertów, które Mozart skomponował w tonacji mollowej, zupełnie inny niż jego pozostałe utwory. Jest mroczny i traktuje fortepian tak, jakby utwór powstał w czasach romantyzmu, Chopina. Zaraz potem Mozart napisał Koncert C-dur nr 21, dobrze wszystkim znany, piękny utwór. Możemy powiedzieć, że to jest  typowe dla niego dzieło: radosne, ciepłe, możne nawet – wiosenne. A jednocześnie ma też  ciemne strony, jakby wskazujące na jego poprzednika.

Co ciekawe, finał Koncertu d-moll jest trochę zaskakujący przez swój optymizm, ale Mozart był chyba radosną osobą. Oczywiście miał takie chwile w życiu, w których przepełniał go smutek. Mimo to myślę, że był radosny – tak, jak ja! Może dlatego zakończył ten koncert tonacją durową – żeby pokazać, że mimo wszystko życie jest piękne.

Płytę nagrałeś razem z Orkiestrą Symfoniczną Radia Bawarskiego. To było wasze pierwsze spotkanie?

Tak, zarazem mój pierwszy kontakt z Christianem Zachariasem. Poszedłem za radą DG. Christian Zacharias bardzo dobrze zna Mozarta. Jest wiele nagrań z jego interpretacjami, świetnie zna partie solisty i orkiestry, potrafi ocenić, czy jakiś pomysł pianisty pasuje do reszty, czy nie. Mogłem skorzystać z jego doświadczenia. Mam dopiero 17 lat, cieszę się, że mogę polegać na kimś, kto zagrał kilkanaście razy więcej koncertów ode mnie.

Jako autorytet mógł ci sugerować Ci pewne rozwiązania, na które nie miałbyś ochoty.

Z Zachariasem nie było tego problemu. Nasza współpraca przypominała rozmowę dojrzałych muzyków. Nie miało to nie wspólnego z zajęciami w klasie mistrzowskiej czy z pracą w szkole. Były takie momenty, kiedy pytał mnie, dlaczego coś gram w ten, a nie w inny sposób. Odpowiadałem, że tak właśnie czuję. Wtedy on przypominał, że to nie zawsze się sprawdza.

Nie brakowało ci widowni, obecności słuchaczy?

To była nowa sytuacja. Moja pierwsza płyta, nagrana przez Instytut Fryderyka Chopina, powstała z nagrań live na koncertach, w ogóle nie było sesji studyjnych. To dokładnie ten sam materiał, który można było usłyszeć podczas transmisji w Drugim Programie Polskiego Radia. W tym przpadku było inaczej. Bo choć nagranie odbywało się w Sali Herkulesa w Monachium, to jest to płyta studyjna. Starałem się grać tak, jakby słuchała mnie publiczność i jak najmniej myśleć o możliwościach korekty w studio.

A teraz jak słuchasz tej płyty, chciałbyś coś zmienić, zagrać inaczej?

Moja interpretacja za każdym razem jest inna – zależy od sali, dyrygenta, orkiestry, publiczności. To jest złożona sprawa. Nie mogę nawet powiedzieć, czy chciałbym w ten sposób zagrać jeszcze raz. Cieszę się, że udało mi się nagrać tę płytę – to będzie pamiątka na całe życie, zapis tego, jak grałem Mozarta w styczniu 2012 roku.

Nie potrafię stwierdzić, czy moja interpretacja jest poprawna, słuszna i zgodna z kanonem. Podstawą są nuty – każdy pianista musi dobrze przeczytać tekst. A później wykonać go tak, jak mu w duszy gra. Zdarza się, że mamy wątpliwości, dlaczego kompozytor napisał coś tak, a nie inaczej. Wtedy zastanawiamy się, że może dyskomfort wynika z tego, że zmieniła się budowa instrumentów, zmienił się styl gry. Muzyka nie powstaje w próżni, zmienia się razem ze światem. Teraz podróżujemy samolotami, mamy skrzynki mailowe, Facebook, Twitter. Mozartowi żadna z tych rzeczy się nie śniła. Gdyby żył dziś, jego muzyka brzmiałaby pewnie inaczej.

Jakie są Twoje dalsze plany – jak zamierzasz wypełnić kontrakt z DG?

Na następnej płycie będą na pewno etiudy Chopina z op. 10 i 25. Co dalej, zobaczymy. Perspektywa czterech lat dziś wydaje mi się odległa. Żyję w czasie teraźniejszym, tu i teraz. Dziś gram koncert, który jest dla mnie najważniejszy. Nie wybiegam za bardzo do przodu, ani nie roztrząsam przeszłości. Każdy dzień przynosi mi coś ciekawego.

Ale jednak to, że nagrałeś płytę z DG w wieku 16 lat jest ogromnym sukcesem i na pewno jakoś wpływa na Twoje dalsze plany. Co jeszcze chcesz osiągnąć? 

Tego nie wiem. Naprawdę. Nigdy się nad tym nie zastanawiam. Bardzo się cieszę, że mogę grać dużo koncertów. Trasa promująca płytę jest długa. Uwielbiam podróżować, spotykać się z publicznością, doświadczać nowych sytuacji. Jeśli będę mógł nadal tak żyć, to będę bardzo szczęśliwy. Oczywiście, cieszę się, że podpisałem kontrakt z tak renomowaną wytwórnią. Dzięki płytom, muzyka Mozarta wciąż żyje i ma szansę przetrwać. W przeciwieństwie do współczesnego popu, który szybko się starzeje.

A wydaje Ci się, że Mozart to kompozytor, który mówi językiem interesującym dla Twoich rówieśników?

Sądzę, że tak. Świat wokół nas bardzo szybko się zmienia. Młodzi ludzie też czasem się w tym gubią i muszą zrobić krok wstecz, odetchnąć, przemyśleć pewne sprawy. Nie da się ciągle być podłączonym do sieci, pod telefonem, na Facebooku. Mozart pozwala oderwać się od tego wszystkiego. Gdy gram, czuję się tak, jakbym przenosił się na inną planetę. Muzyka przerasta człowieka. W dalszym ciągu nie potrafimy sobie odpowiedzieć na pytanie, skąd bierze się jej siła.

Rozmawiała Barbara Schabowska

W. A. Mozart, Klavierkonzerte Piano Concertos No. 20 KV 466, No. 21 KV 467.  Jan Lisiecki (piano), Symphonieorchester des Bayerischen Rundfunks, Christian Zacharias (conductor). Deutsche Grammophon/Universal Music Group, 2012.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: