Daniel Hope – skrzypce jak złoto

17 Kwi

Kojarzyłam Daniela Hope’a bardzo pozytywnie jako członka ostatniego składu tria Beaux Arts (ze starej obsady sprzed  ponad 50 lat „ocalał” jedynie pianista Menahem Pressler, lider i mózg zespołu). Artyści ci (wiolonczelista – Antonio Meneses) wystąpili kilka ładnych lat temu w Filharmonii Narodowej. Hope był wówczas dla mnie objawieniem. Menahem Pressler dobierając partnerów, na pewno miał wymagania, ale to co zaprezentował wówczas ten angielski skrzypek przerosło najśmielsze oczekiwania.

Hope (rocznik 1973) z powodzeniem rozwija karierę solistyczną. Nagrał kilkanaście płyt z bardzo różnym repertuarem, od Bacha i Vivaldiego do Berga i Brittena (przy czym grywa także Gubajdulinę, Pendereckiego, Kurtaga i Schnittkego). Ostatnio związał się z Deutsche Grammophon. Uwielbiają go media – jego nazwisko (oraz twarz) nie są obce czytelnikom „BBC Music Magazine” czy „Gramophone”.

We wtorek wystąpił jako solista z partnerującym mu przy fortepianie Sebastianem Knauerem. Program recitalu nawiązywał do epoki Josepha Joachima. Hope lubi w taki „kluczowy” sposób zestawiać utwory – bohaterami jego recitali bywali też Karol Lipiński i Henryk Wieniawski. Wielbicielom muzyki Brahmsa nie trzeba przedstawiać Josepha Joachima, przyjaciela kompozytora i pierwszego wykonawcę jego Koncertu skrzypcowego D-dur, do którego powstania znacząco się przyczynił. Genialny Johannes, Clara Schumann (a także Robert), Mendelssohn, jak również Grieg – to wszystko były postaci bardzo ważne w życiu Joachima, stąd obecność ich dzieł w programie recitalu Daniela Hope’a. Warto też dodać, że nowa płyta Hope’a nosi tytuł „A Romantic Violinist. A celebration of Joseph Joachim” (DG) – w Warszawie Anglik zagrał kilka utworów z jej ścieżki.

Rozpoczął Scherzem c-moll. Mam sentymentalny stosunek do tego utworu, ponieważ sama go grałam. Jest to dość nieskomplikowany utwór, ale bardzo skondensowany wyrazowo. Opiera się na wyrazistym motywie rytmicznym, przypominającym słynny temat V Symfonii Beethovena, również w tonacji c-moll (Brahms wielbił Beethovena). To scherzo kojarzy się z czymś gniewnym, niemal butowniczym; jedynie drugi temat przynosi pewne rozpogodzenie.

Trochę się z początku zaniepokoiłam, ponieważ Hope zagrał dość nonszalancko, glissandując sobie przy zmianach pozycji. Ma taką łatwość grania, że scherzo potraktował jak zabawkę (podobnie było z Tańcem węgierskim g-moll w drugiej części koncertu).

Potem zrozumiałam, że on w ogóle nie gra dużym, „mięsistym”, „okrągłym” dźwiękiem, ale dość „odchudzonym”, tym niemniej nasyconym brzmieniem, o sopranowym timbrze. Ma wspaniałe skrzypce – Guarneriego del Gesù z 1742 r., które należały do Karola Lipińskiego – w wysokich rejestrach brzmią po prostu jak złoto.

W pierwszym utworze skrzypek najwyraźniej oswajał się z akustyką sali, bo już w następnym dziełku, „Romanzy” op. 22 nr 1 Clary Schumann, skrzypce pięknie się rozśpiewały. Ten drobny, wdzięczny utwór słynnej pianistki, którą kochał Brahms, był pięknym przykładem liryki romantycznej. Później przyszedł czas na I Sonatę skrzypcową G-dur, moją ulubioną spośród trzech sonat Brahmsa. To było niezapomniane wykonanie, pełne poezji, zagrane finezyjnym dźwiękiem, rozbudzające delikatne, rozmarzone nastroje. Z podziwem słuchałam, jak Hope różnicuje frazę, nie grając wcale wielkimi łukami, ale plastycznie ukazując meandry melodyki. Tak jakby nasłuchał się stylowych wykonań, w których wyraźniej i drobniej zaznacza się poszczególne odcinki, łącząc je oczywiście w logiczny ciąg. Miałam wrażenie, jakby to ucho Hope’a wodziło smyczkiem po strunach, szukając różnych odcieni piana, to znów treściwego forte, nigdy nie przeforsowanego. Po mistrzowsku rozciągał melodię, zwłaszcza gdy tok muzyki zmierzał do wielkich kulminacji. No i to przesycone słońcem brzmienie. Cudo.

W drugiej częsci dość szybko rozprawił się dwoma miniaturami Mendelssohna we własnym opracowaniu i „Romanzą” op. 2 Joachima, który był żadnym kompozytorem. Głównym punktem była III Sonata skrzypcowa c-moll op. 45 Edwarda Griega, dzieło pełne napięć, o rozbudowanej architekturze. Siłą rzeczy Hope, zwłaszcza w I części utworu, zrezygnował z niebiańskiego spokoju, w którym pławił się np. w sonacie Brahmsa, powrócił zaś do niego w pięknej części drugiej („Allegretto espressivo alla romanza”).

Skupiam się tak bardzo na skrzypku, ponieważ pianista, Sebastian Knauer, wyraźnie pozostawał w jego cieniu, raczej jako akompaniator, a nie równorzędny partner. Koleżanka uznała, że to było zgodne z czasem Joachima, epoką rozkochaną w popisowej grze wielkich wirtuozów, którzy zawsze byli na pierwszym planie. Być może, ale mnie tego fortepianu brakowało. Były dwa bisy: „Polo” Manuela de Falli i „jazzująco” zagrane „I got rythm” George’a Gershwina.

Anna S. Dębowska

Daniel Hope (skrzypce) & Sebastian Knauer (fortepian), 18 kwietnia 2012 r., koncert z cyklu „Recitale mistrzów”, Filharmonia Narodowa w Warszawie. 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: