Uchwycić śmierć – wojna okiem fotoreporterów

11 Kwi

Nie byłoby fotografii bez rozwoju techniki, a polityka wyglądałby inaczej, gdyby nie fotografia.

Pisze Kinga Kenig

1.

„Ciała umarłych leżą wśród żywych… Brakuje lekarzy i pielęgniarek, nie ma bandaży… W okopach i namiotach woda po kostki” – relacjonował sytuację na froncie wojny krymskiej (1853–1856) William Howard Russell, korespondent „The Times”. Dotychczas depesze wojenne przysyłali do gazet generałowie, obraz rzeczywistości był więc mało obiektywny. Russell przebywał w brytyjskiej bazie wojskowej. W artykułach nie oszczędzał generałów odpowiedzialnych za piekło, w którym znaleźli się brytyjscy żołnierze. Opisywał obojętnych na wszystko dowódców, których bardziej interesowało dobre wino niż aprowizacja dla armii, dostarczenie odpowiedniej odzieży czy zapewnienie zaplecza medycznego. Gdy ujawnił, że aż trzy czwarte brytyjskich żołnierzy zmarło nie od kul, lecz w wyniku cholery i mrozu, rząd podał się do dymisji. – Mam nadzieję, że armia zlinczuje korespondenta „The Times” miał powiedzieć zmuszony ustąpienia Sidney Herbert, były sekretarz do spraw wojny.

2.

Jednak zanim rząd upadł, po raz pierwszy w historii na wojnę został wysłany fotograf. Jego celem było podążanie śladem doniesień Russella. Na ten makiaweliczny pomysł wpadł prawdopodobnie mąż królowej Wiktorii, książę Albert, entuzjasta raczkującej sztuki fotografii; a Roger Fenton, założyciel Królewskiego Towarzystwa Fotograficznego, był przyjacielem rodziny królewskiej.

To jemu przypadł tytuł pierwszego fotografa wojennego, chociaż akurat na jego zdjęciach wojny właściwie nie widać. Dokument z wojny krymskiej autorstwa Fentona to 350 szklanych negatywów – piękne panoramy, portrety generałów, żołnierzy opatulonych w kożuchy w ciepły wiosenny dzień. Nie zobaczymy na wpół pogrzebanych zwłok, o których Fenton pisał nieoficjalnie w listach do żony. Nie zobaczymy cierpienia żołnierzy, o którym donosił Russell. W 1855 r. fotografia miała zaledwie 15 lat. Jednak wystarczyło to, by dostrzec jej potencjał propagandowy, możliwości manipulowania opinią publiczną za jej pomocą. Jeszcze nie poprzez retusz, jak w czasach stalinowskich – pierwsze zdjęcia propagandowe powstały poprzez zaniechanie fotografowania okropności wojny.

Ale jedna fotografia jednoznacznie mówi o ogromnej cenie, jaką Wielka Brytania zapłaciła za niechlubną wojnę. To The Valley of the Shadow of Death, ukazująca miejsce zagłady sześciuset brytyjskich żołnierzy, którzy wpadli w rosyjską zasadzkę. Miejsce to zostało przedstawione przez Rogera Fentona jako pusta dolina usłana kulami armatnimi. To wymowna metafora liczebnej śmierci bez zmarłych.

3.

To podczas wojny secesyjnej narodził się fotograf wojenny, jakiego znamy dziś. W ciągu czterech lat amerykańskiej wojny domowej powstało ponad osiem tysięcy fotografii; akredytowanych było 300 fotografów.

Nie trzeba było długo czekać na realistyczne świadectwa. Matthew Brady zorganizował w 1862 r. w nowojorskiej Broadway Gallery wystawę zdjęć z bitwy nad Antietam, najbardziej krwawego starcia w dziejach USA. Krytyk „The New York Times” napisał: „Pan Brady pokazał okrutną rzeczywistość i powagę wojny. Jego zdjęcia mają przerażającą właściwość. Za pomocą szkła powiększającego można rozpoznać rysy twarzy zabitych. Nikt z nas nie chciałby się znaleźć w galerii w momencie, gdy któraś ze zwiedzających ją kobiet rozpoznałaby na fotografiach swojego męża, syna czy brata”.

4.

„W historii dziennikarstwa wydarzenia I wojny światowej były najbardziej haniebnym okresem” – stwierdził brytyjski historyk Arthur Ponosby. Na froncie zginęło 10 mln ludzi, 20 mln odniosło ciężkie rany. Była to wojna okrutna, totalna i podlegająca ścisłej cenzurze – brytyjskie dowództwo chciało ją pokazać jako łańcuch zwycięstw. Korespondenci mogli pisać tylko o sukcesach. Rysownikom nie pozwalano odtwarzać martwych ciał. Fotografie robiono tylko do celów historycznych. Za posiadanie aparatu fotograficznego bez zezwolenia groziło rozstrzelanie. Mimo że aparaty fotograficzne były już na tyle dobre, by uchwycić ruch, powstało bardzo mało zdjęć z akcji. Wyjątek stanowią zdjęcia F.A. Fyfe’a, profesjonalnego fotografa, który zaciągnął się do wojska. Aparat fotograficzny schował za pasem. Jedno z jego zdjęć ukazuje zdobywanie okopów niemieckich. Skuleni i czołgający się żołnierze przy workach z piaskiem to prawdziwy obraz wojny.

5.

Dotąd fotografie wojenne pokazywały sceny statyczne: pola walki, pozujących żołnierzy, ofiary. Fotografowie używali ciężkich aparatów na płytki szklane. Z powodu długiego czasu naświetlania zdjęcia robiono na statywie. Jednak wraz z pojawieniem się w masowej sprzedaży aparatu Leica w 1925 r. fotografia uległa znacznej transformacji. Fotografowie mogli robić zdjęcia z ręki, a długi czas naświetlania filmu pozwolił śledzić przebieg walk z bliska. Dynamiczne sceny mogły być w końcu „zamrożone”. Pierwsza została w ten sposób uwieczniona wojna domowa w Hiszpanii.

6.

„To właśnie jest wojna” – krzyczał w 1938 r. tytuł fotoreportażu Roberta Capy z rozdartej bratobójczym konfliktem Hiszpanii, opublikowany w brytyjskim „Picture Post”. Na 11 stronach  przedstawiono sceny walki, portrety rannych, narady dowództwa, rozmowy telefoniczne w okopach. „Najbardziej niezwykłe zdjęcia wojenne, jakie kiedykolwiek zrobiono” – czytamy w podpisie pod fotografią, przedstawiającą żołnierzy skulonych w okopach, spowitych kłębami dymu. „Niemal czuć zapach prochu” – zachęca do oglądania kolejny podpis.

Wojna domowa w Hiszpanii była pierwszym zbrojnym konfliktem, który przyciągnął tak wielu znakomitych pisarzy i fotoreporterów. Chcieli piórem i Leicą walczyć z faszyzmem.

Fotografia, a szczególnie fotografia wojenna była dla rozwijającej się prasy ilustrowanej świetnym towarem. Czytelnicy chcieli na nią patrzeć. Fotografowie często osiągali status bohaterów. Robert Capa został w 1938 r. okrzyknięty przez „Picture Post” „najlepszym fotografem wojennym na świecie”. Stało się to w dużej mierze za sprawą jego najsłynniejszego zdjęcia Padający żołnierz – śmierć hiszpańskiego republikanina, które stało się symbolem klęski zwolenników republiki. To dziś nie tylko najbardziej znany obraz wojny, ale również jedna z najbardziej dyskusyjnych fotografii. W latach 70. XX w. rozgorzał spór na temat jej autentyczności. Nie było już pewności, czy fotografia rzeczywiście pokazuje moment śmierci, czy raczej zaaranżowaną scenę. Podważano również autorstwo – podejrzewano, że zdjęcie zrobił przyjaciel Capy – Chim (David Seymour), albo jego partnerka – Gerda Taro. Spór wokół fotografii toczy się do dziś. Odnaleziona kilka lat temu tzw. meksykańska walizka z zaginionymi negatywami Capy, Chima i Taro również na odsłoniła prawdy. Nie odnaleziono w niej bowiem negatywu Padającego żołnierza.

7.

„Jeśli twoje zdjęcie nie jest wystarczające dobre, najwyraźniej nie podszedłeś wystarczająco blisko” – powtarzał Robert Capa. Jego zdjęcia z II wojny światowej stworzyły ikonę fotografii wojennej. „Pan Capa z racji swych profesjonalnych kompetencji, miłej osobowości i pogodnego współuczestnictwa w niebezpieczeństwach i trudach walk, został uznany za członka dywizji” – napisał latem 1943 r. generał Ridgeway do redakcyjnych kolegów Capy z amerykańskiego magazynu „Life”. Dzięki tak entuzjastycznej rekomendacji Capa otrzymał akredytację, która umożliwiła mu fotografowanie desantu w Normandii.

Na kliszy rejestruje lądowanie wojsk alianckich na plaży „Omaha”. Zużywa dwie rolki filmu. Negatywy zostają szybko przetransportowane przez kuriera do Londynu. Czas nagli. Chcąc przyspieszyć proces suszenia negatywów, nadgorliwy laborant podkręca temperaturę w ciemni. Emulsja na negatywach zaczyna się topić. Z 72 naświetlonych klatek ocalało tylko 11. Obraz jest rozmyty, ale widać żołnierzy przedzierających się pod ostrzałem przez wodę. Najsłynniejsze zdjęcie z II wojny światowej wygląda jak szkic węglem, pełen dramatu i dynamizmu.

W magazynie ukazał się redakcyjny komentarz, tłumaczący techniczną niedoskonałość – w gorączce krwawego desantu dłonie Capy jakoby drżały, co spowodowało nieostrość zdjęć. Kilka lat później Capa nada swojej autobiograficznej książce ironiczny tytuł Slightly Out Of Focus. Zdjęcia Capy posłużyły Stevenowi Spielbergowi jako wzór przy realizacji filmu Szeregowiec Ryan.

8.

Zdjęcia z II wojny światowej autorstwa Capy skupiają się na tragedii, emocjach i przeżyciach jednostek. Brakuje im propagandowej siły, jaką niesie fotografia Joe Rosenthala – amerykańscy żołnierze wbijają flagę w ziemię japońskiej wyspy Iwo Jima. Opublikowały ją wówczas setki gazet. Była reprodukowana na plakatach, pocztówkach, znaczkach. Na jej podstawie powstał w Waszyngtonie pomnik upamiętniający bitwę o Iwo Jimę.

Jak wspomina Joe Rosenthal, mało brakowało by ta słynna fotografia w ogóle nie powstała. Gdy żołnierze przymocowywali amerykańską flagę do starej japońskiej rury, Rosenthal odłożył na bok aparat fotograficzny by zbudować z kamieni stopień, z którego miałby lepsze ujęcie. Moment wzniesienia sztandaru zauważył kątem oka. Złapał aparat i zrobił zdjęcia w ogóle nie patrząc w wizjer.

Odpowiednikiem zdjęcia Rosenthala jest fotografia Jewgienija Chałdeja, pokazująca moment umieszczenia flagi ZSRR na budynku Reichstagu. W rzeczywistości jest to inscenizacja. Chałdej zainspirował się fotografią Rosenthala i postanowił odtworzyć ten sam klimat. Fotografia jest nie tylko ustawiona, ale również zmanipulowana. By zwiększyć jej dramaturgię, fotograf dodał dym nad zburzonym Berlinem. Na oryginalnej kliszy rosyjski żołnierz ma zegarki na obu rękach, dowód na to, że Armia Czerwona szabrowała na całego. Rosyjska cenzura usunęła zegarek z prawej ręki żołnierza.

9.

Jednym z najciekawszych dokumentów z II w światowej, powstałym na polskiej ziemi są fotografie z powstania warszawskiego autorstwa Eugeniusza Lokajskiego. Przed wojną był sportowcem. Zdobył mistrzostwo Polski w rzucie oszczepem i wziął udział w Olimpiadzie w Berlinie. Choć nie był zawodowym fotografem, jego zdjęcia znakomicie pokazują powstańczą rzeczywistość. Obok dramatycznych obrazów walk – zdobycia PAST-y, pochówku ofiar, zniszczonych ulic – zbiór 1000 zdjęć Lokajskiego pokazuje również niezwykle ciepłe chwile: wzruszający ślub powstańców, kuchnię polową czy piękne łączniczki przeglądające się w lusterkach. Eugeniusz Lokajski zginął w czasie powstania pod gruzami zbombardowanego domu.

10.

Wojna w Wietnamie była równolegle pokazywana w telewizji i prasie. Gazetom i agencjom bardzo zależało na dużej liczbie zdjęć. Agencja Associated Press oferowała każdemu fotografowi możliwość wypożyczenia aparatu. Za każde dobre zdjęcie płacono 15 dolarów. Raj dla fotoreporterów – bez żadnych ograniczeń i cenzury mogli dokumentować prawdziwe piekło wojny. W gazetach codziennie pokazywano rannych żołnierzy, zakrwawione dzieci i ofiary napalmu. Fotograficzne świadectwo wojny spowodowało serię pacyfistycznych protestów na całym świecie – wojska amerykańskie wycofały się z Wietnamu pod naciskiem opinii publicznej. Najbardziej znaną ikoną tej wojny stało się zdjęcie Nicka Uta, zrobione 8 lipca 1972 r. Naga dziewczynka poparzona napalmem biegnie z krzykiem razem z innymi przerażonymi dzieci. To jedna z najbardziej antywojennych fotografii, symbol okrucieństwa i bezsensu wojny.

11.

Z wojny w Wietnamie armia amerykańska wyciągnęła poważną lekcję. W kolejnych konfliktach z udziałem USA dostęp fotografów do wydarzeń ograniczono do minimum – żadnych zdjęć bez zgody dowództwa armii. Fotoreporterzy stacjonują w bazach wojskowych i na akcje wychodzą tylko z żołnierzami. Mimo to w Iraku powstało mnóstwo ciekawych fotoreportaży, ale najbardziej wstrząsającymi świadectwami z tej wojny okazały się zdjęcia z Abu Ghraib, które wykonali amerykańscy żołnierze.

„Jeśli jeszcze raz zobaczę zdjęcie, pokazujące jak amerykański żołnierz kopnięciem otwiera drzwi w irackiej wiosce, strzelę sobie w głowę” – powiedział australijski fotoreporter, Ashley Gilbertson. Postanowił zrobić eksperyment. Ukazał wewnętrzne piętno tej wojny – to seria zdjęć, przedstawiających domy rodzinne młodych żołnierzy. Widać ich pokoje; plakaty na ścianach, kolekcje plastikowych dinozaurów na nocnych stolikach, maskotki na łóżku, zabawki, czapki baseballowe – to, co pozostało po ofiarach frontowych masakr. Jak stwierdził Gilbertson, nie trzeba jechać na drugi kraniec świata, żeby pokazać przerażający wymiar wojny.

Kinga Kenig jest fotoedytorką „Gazety Wyborczej”.

 Artykuł ukazał się w 14. numerze „Beethoven Magazine”, (1/2012).

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: