Kobiety na froncie

11 Kwi

Kobiety mówią: „Nagotowałyśmy kaszy, ale nie było już komu jeść. Nikt nie wrócił”. Mężczyźni: „Zwyciężyliśmy, poniósłszy pewne koszty”. Z Bożeną Keff rozmawia Anna Laszuk (TOK FM).

 

AL: Wojna nie ma w sobie nic z kobiety to tytuł książki Swietłany Aleksijewicz o sowieckich weterankach wielkiej wojny ojczyźnianej. Co ma wojna do płci? 

Bożena Keff: Przyznaję, że mam zastrzeżenia do tytułu książki, która swoją drogą zrobiła na mnie wrażenie. Powiedzieć „wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, to powiedzieć, że każda kobieta jest jakimś przeciwieństwem wojny. Wprawdzie antropologowie są dość zgodni co do patriarchalnego charakteru wojny, rzecz w tym jednak, że kobiety też mają patriarchalną świadomość.Aleksijewicz mówiła w wywiadach, że wojna w ogóle nie jest rzeczą ludzką. Paradoks?

No, ale wojna się zmienia i rozwija razem z ludzkością. Jest „nieludzka” w takim znaczeniu, że to co złe i okrutne nazywamy „nieludzkim”, a zachowania empatyczne i współczujące – „ludzkimi”. W tym sensie wojna jest rzeczywiście nie-ludzka. Nie wykluczam, że jest różnica między męskim i kobiecym sposobem mówienia o wojnie, ale – moim zdaniem – ma to związek z perspektywą kulturową. Bo ja kompletnie nie wierzę w to, że istnieje wieczna i niezmienna zasada kobiecości: macierzyńska, opiekuńcza, pokojowo-łagodna, która nie bierze udziału w „męskiej” cywilizacji i kulturze. Cywilizacja jest przecież sprawą obu płci, a zatem udział w wojnie też.

Dlaczego więc takie trwałe jest przekonanie, że kobiety inaczej patrzą na wojnę?

Bo chyba generalnie mają nieco inny stosunek do wojny, są bardziej zainteresowane sprawą bezpieczeństwa rodziny, zazwyczaj nie robią na wojnie karier wojskowych. Z drugiej strony bywają krwiożercze, bywają nacjonalistkami, szowinistkami, dewotkami wielu idei. Bywają tymi strasznymi matkami dumnymi z tego, że synowie polegli za ojczyznę albo za inną sprawę. Na taśmach dokumentujących wybuch I wojny światowej widać tłumy kobiet obsypujących żołnierzy kwiatami. To też jest udział w wojnie, nie czynny militarnie, ale emocjonalnie podobny. Mamy wreszcie zagadkę obozów koncentracyjnych, w których niemieckie kobiety były strażniczkami, tak samo sadystycznymi, jak mężczyźni. Uważam, że nie możemy na nie patrzeć, jak na psychopatyczny wyjątek. To wojna jest psychopatyczna.

Aleksijewicz miała problem z opublikowaniem książki, kłopoty z cenzurą. Obawa przed historią opowiedzianą przez kobiety jest lękiem przed utratą heroicznego mitu? 

Nie, mit chyba zostaje, tylko że był do tej pory wyłączną własnością mężczyzn. Kanon już został ustalony, a tu nagle jakaś zmiana – kobiety mówią: „Nagotowałyśmy kaszy, ale nie było już komu jeść. Nikt nie wrócił”. To odsłania, co naprawdę stoi za komunikatem „Zwyciężyliśmy, poniósłszy pewne koszty”. Historia o kaszy nie mówi o polu chwały, tylko o bólu.

Kobiety wstępowały do armii z różnych pobudek. Poza tym, nie chciały być bierne. 

Jak powiedziałam, idea wojny nie jest obca kobietom, a męskie role nobilitują. Karabin jest bardzo ważnym symbolem władzy, jak miecz i łuk; kobiety nie od razu zdobyły do niego prawo. Zawsze były obecne przy wojsku, ale w innych funkcjach – aprowizacyjnych, opiekuńczych, seksualnych. W hiszpańskiej wojnie domowej w latach 1936–1939 karabin miały kobiety z oddziałów milicji działającej przy związkach zawodowych, z których rekrutowali się żołnierze obu płci. Najwięcej uzbrojonych kobiet walczyło wśród anarchistów – oni z zasady znosili wszelkie hierarchie. Z jaką dumą one te karabiny nosiły! Jak się popatrzy na zdjęcia, widać, że wiedzą czego chcą, wiedzą, że mają prawo być uzbrojone. Lepiej jest walczyć, bronić się, mieć siłę sprawczą, niż być przedmiotem, który jest broniony.

Jedna z bohaterek książki Aleksijewicz zapragnęła pójść na front pod wpływem szkolnych spotkań z uczestnikami hiszpańskiej wojny domowej. Ona była w tych opowieściach zakochana. A podczas wielkiej wojny ojczyźnianej dowódcy z oporami dawali karabiny kobietom. 

Nie chcieli, ale musieli, głównie z powodu wojennej konieczności. Były też inne powody. Te dziewczyny, które tak się rwały do walki, były bardzo młode, dowódcom było ich po prostu żal. Niektórzy pewnie mieli obawy, że kobiety pomylą lufę z kolbą i że nie będzie z nich pożytku. A one się rwały do walki – ochotnicy w armii zwykle są najmłodsi i mają najbardziej patriotyczne, idealistyczne postawy.

Wtedy pierwszy raz w historii kobiety na taką skalę walczyły na froncie. Milion w Armii Czerwonej; w artylerii, w czołgach, jako żołnierze pierwszej linii, zwiad, dywersantki. Wszędzie. W żadnym innym kraju tego nie było?

W Wielkiej Brytanii było mnóstwo kobiet w służbach pomocniczych. We Francji – w Ruchu Oporu. W Polsce kobiety walczyły pod bronią w Powstaniu Warszawskim, ale o tym niechętnie się przypomina. To, że tylko w ZSRR kobiety uczestniczyły we frontowych walkach nie było przypadkowe. Niemcy hitlerowskie nie były wcale w mniejszej potrzebie kadrowej na froncie, ale tam była zupełnie inna polityka wobec kobiet, głęboko antyemancypacyjna. W roku 1941 ZSRR pod żadnym względem nie był już rewolucyjnym krajem, i był to już okres odwrotu od idei emancypacji, ale jednak rewolucja bolszewicka przetarła pewien szlak.

Czym różnią się sytuacja wojny i rewolucji?

Wojna broni ustalonego porządku – zawieszamy najbardziej zażarte spory o ojczyznę, oceny, „rachunki krzywd”, jak mówi Władysław Broniewski, i lecimy jej bronić. To jest sytuacja skrajnej subordynacji wobec państwa, do którego należymy. Z rewolucją jest odwrotnie, ona wywraca istniejący porządek. Z patriarchalnego punktu widzenia rewolucja z pewnością jest kobietą. Ale zostawiając patriarchalny punkt widzenia – rewolucja jest od myślenia krytycznego społecznie i zakłada wartość indywidualnego wyboru, przynajmniej na początku. Bo na końcu niestety indywidualizm kończy na szafocie.

Po wojnie sowieckie żołnierki zaczęły ukrywać, że walczyły na froncie. Dlaczego nie chciały o tym mówić? 

Zwłaszcza na wsiach był to wciąż skandal obyczajowy, a one chciały bronić ojczyzny, ale potem chciały też wyjść za mąż, mieć rodzinę. A co to za materiał na żonę, jak się przeciągnęło z kilkumilionową armią przez front! Skoro były z mężczyznami, to stereotyp płci zakłada, że musiały z wieloma spać, bo jak inaczej? To taki stereotyp przeniesiony z dawnego świata, gdzie płeć rozumiano czysto seksualnie, to znaczy, że jeśli zostawimy sam na sam kobietę i mężczyznę to  m u s z ą  się oni skonsumować seksualnie, po prostu nie ma innej możliwości. Czyli kobieta, która była na froncie z mężczyznami, nie może być „czysta”, chociaż jednocześnie oficjalnie jest tą dzielną obrończynią ojczyzny. Jest w tym jakaś poruszająca niesprawiedliwość. Kobiety żołnierze w oczach wielu były „puszczalskimi”, a mężczyźni, z których wielu miało na sumieniu gwałty, żyli spokojnie, szanowani przez otoczenie.

Kobiety zawsze były przy wojsku, tylko że obsługiwały wojnę od strony opieki, aprowizacji. Czy także seksu? 

Markietanki były chyba po części rodzinami żołnierzy, żonami. Za armią zawsze ciągnęły prostytutki. To jest „legalna” strona seksu na wojnie, jest i ta „nielegalna”, która oznacza gwałty na kobietach wroga, a czasem i sojusznika. Podczas II wojny światowej to było jak najbardziej obecne – strona sowiecka gwałcąca Niemki, a po drodze nie tylko Niemki. Podobne rzeczy wiemy o armii amerykańskiej, i o innych armiach. [Tam było to karane, a nie – zalecane. – red.] Ale czym innym jest to, co działo się naprawdę, w rzeczywistości, a czym innym to, co ludzie mogą pomieścić w głowie. Zgodnie z powszechną mentalnością kobieta z bronią – niezależnie od tego, czy faktycznie miała jakieś stosunki seksualne z żołnierzami, czy nie, jest po prostu strasznie niekobieca.

Jest taka smutna historia spisana przez Aleksijewicz o wypędzeniu z rodzinnego domu dziewczyny, która wróciła z wojny na wieś cała i zdrowa, ale została przez rodzinę uznana za kogoś w rodzaju prostytutki. Ciekawe, że weteranki frontowe nie opowiadały Aleksijewicz o seksie. 

Są tu historie zauroczeń, zakochań, zawodów miłosnych. Tylko że to nie z nimi towarzysze broni chcieli się po wojnie żenić, bo wedle mieszczańskich, a także wiejskich wyobrażeń, są kobiety, z którymi można razem wojować, a przy okazji się przespać, i są kobiety szacowne, dziewice, które zostają „matką moich dzieci”. I to nie są te same kobiety.

Ochotniczkom wstępującym do Armii Czerwonej obcinano warkocze, ubierano w niezgrabnie uszyte męskie mundury i buciory. 

Myślę, że ta armia w ogóle nie była przygotowana na udział kobiet w wojnie. Nie było innych mundurów niż męskie, a przecież w wojsku kobiety nie mogły w żadnym razie wystąpić w prywatnym odzieniu. A co to za żołnierz w butach o 10 numerów za dużych i w spodniach przewiązanych sznurkiem? Do kitu żołnierz, mało efektywny, ale dopiero później, z biegiem trwania wojny, kobiety zaczęły dostawać spódnice, jakieś dopasowane mundury, przeznaczone raczej na defiladę niż na front.

Popularne filmy wojenne, jeżeli w ogóle pokazują kobiety wcielone do armii, to raczej Marusie i Lidki w Czterech pancernych i psie. Może trochę umorusane, ale kobiece jak się patrzy, do tego flirciary. Zaangażowane w swoje zadania, ale nieskażone zabijaniem. Jak mamy sobie wyobrażać tę realną codzienną koegzystencję kobiet z mężczyznami na froncie?

Poza samą potwornością wojny pewnie całkiem normalnie. Mówimy o bardzo młodych ludziach, którzy na tę wojnę poszli nierzadko prosto ze szkół. Koedukacyjnych szkół, bo takie przecież w ZSRR były. Towarzysze i towarzyszki z komsomołu zostali towarzyszami broni. W dosłownym sensie, bo jak armia parła naprzód, to chodziło o śmierć albo życie, oberwane ręce i nogi. Przecież nie mówimy o armii na ćwiczeniach w czasach pokoju, gdzie jest jakaś infrastruktura przygotowana dla kobiet i mężczyzn. Na wojnie toaleta jest dziurą w ziemi albo pobliskim laskiem, a podpaskę się robi z bandaża, jeżeli akurat taki jest pod ręką. Aura wojny nie przewiduje specjalnej rangi dla spraw płci. Kobiety tak samo były objęte dyscypliną wojskową, gdzie nie było miejsca na skargi „przepraszam, towarzyszu dowódco, ale ja mam butki za duże”. One zresztą wspominają o mężczyznach, a może chłopakach, towarzyszach broni, którzy mieli świadomość, że kobieta ma miesiączkę i trzeba jej pomóc znaleźć jakieś środki higieniczne, to też jest w książce. Zwyczajna, ludzka koegzystencja.

One z tej wojny wracały, tak samo jak mężczyźni, okaleczone, schorowane. Ale niektóre z nich do tego stopnia wymazywały swój żołnierski udział w wojnie, że niszczyły dokumenty, dzięki którym mogłyby się starać np. o rentę. Dlaczego aż tak desperacko chciały wymazać swój udział w wojnie? 

Pewnie chciały wrócić do normalności, ale też do swojej kobiecej roli. To mężczyźni pokazują blizny jako dowód chwały, kobiety raczej ukrywają. I tak to rozumiem, że wyrzucanie dokumentów, zapominanie, było symbolicznym przejściem w normalność. Nie wiem, czy miały motywację, żeby eksponować swój udział w armii, poza paradą zwycięstwa.

Jednocześnie jeszcze kilkadziesiąt lat po wojnie ich mieszkania pełne były pamiątek z wojny. Dużo takich mieszkań odwiedziła Aleksijewicz podczas nagrywania wywiadów. Kiedy mowa o armii, myślimy o mężczyznach?

To chyba jednak zależy od kraju. W Rosji, ale i w Polsce też, obowiązuje taka męska, patriotyczna narracja „doszliśmy, zwyciężyliśmy, polegliśmy”. W męskim kanonie mało jest o słabościach ciała, które nie znosi bólu. I nie ma w kanonie opowieści o gwałtach. Wielu rzeczy w kanonie nie ma, ale też wiele się w nim z biegiem czasu zmieniało – w filmach, w książkach. I teraz jeszcze kobiety uzupełniają, poszerzają ten kanon, pojawiają się inne spojrzenia, i widać inne rzeczy. Myślę, że głównie książka Aleksijewicz zaburza ten patriarchalny kanon. Kobiety-żołnierze mają swoją narrację dumy, ale jednocześnie ich opowieści zawierają mnóstwo historii nieheroicznych, o relacjach, o wyglądzie, o rozmiarach butów, o miesiączkowaniu w warunkach frontu – takich spraw życiowych, ludzkich.

 

Bożena Keff – publicystka, poetka, tłumaczka, działaczka społeczna, badaczka literatury w Żydowskim Instytucie Historycznym. Dwukrotnie nominowana do Nagrody Nike.

Swietłana Aleksijewicz – białoruska pisarka i dziennikarka, nominowana do Nagrody Nobla w dziedzinie literatury. W ubiegłym roku Wydawnictwo Czarne opublikowało jej książkę Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, za którą została wyróżniona Nagrodą Literacką Europy Środkowej Angelus. Książka powstała w 1983 r., ale cenzura przez niemal 2 lata nie dopuściła jej do druku – uznano, że autorka podważa mit wojny ojczyźnianej i wielkiego zwycięstwa.

 

Wywiad ukazał się w 14. numerze „Beethoven Magazine” (1/2012). 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: