Berlin, przewodnik po odrodzonym mieście

11 Kwi

 

Współczesna stolica Niemiec oderwała się od historii, a ślady po murze giną wśród nowej zabudowy – pisze Anna Cymer.

 

Gdy w 1989 roku upadał mur, wszyscy z zaciekawieniem przyglądali się przemianie Berlina. W ciągu 20 lat stolica Niemiec wyrosła na niezwykłą metropolię, w której kultura współistnieje z komercją, a niezwykle zróżnicowana architektura jest zarazem dokumentem przeobrażeń.

 

Socrealizm i Hellersdorf

Od września do grudnia ubiegłego roku w warszawskim Domu Spotkań z Historią trwała wystawa pt. Architektoniczna spuścizna socrealizmu w Warszawie i Berlinie. MDM/KMA. Pokazała podobieństwa projektów urbanistycznych zrealizowanych w miastach, które historia potraktowała w brutalny sposób. Marszałkowska Dzielnica Mieszkaniowa w Warszawie i Karl-Marx Allee w Berlinie są przykładami tej samej idei wznoszenia reprezentacyjnych, monumentalnych gmachów w zaanektowanych przez Stalina metropoliach.

Te socrealistyczne realizacje to oczywiście nie jedyne podobieństwa między dwiema stolicami. Niemcy do dziś borykają się z problemem blokowisk z wielkiej płyty, zbudowanych – jak w Polsce – za szybko i z marnej jakości materiałów. Ich osiedla uległy ponadto społecznej degradacji – zaczęły zamieniać się w getta najuboższych, bo po zjednoczeniu wielu wschodnich berlińczyków opuściło niewygodne mieszkania. Niemiecki rząd wydał gigantyczne sumy na rewitalizację tych osiedli. Największe z nich, przeznaczone dla 130 tysięcy mieszkańców Hellersdorf, poddano gruntownej przebudowie. Część bloków wyburzono, w ich miejsce stawiając mniejsze budynki mieszkalne i usługowe, pozostałe bloki wyremontowano, powiększając mieszkania i poprawiając m.in. ich akustykę; zadbano też o tereny zielone. Rewitalizacja Hellersdorf jest dziś opisywanym w podręcznikach przykładem naprawienia nieudolnej, odhumanizowanej architektury lat 70. i 80. XX wieku.

 

Gdy runął mur

Berlin nie został wprawdzie zniszczony w takim stopniu, jak Warszawa, w której wiele dzielnic zrównano z ziemią, ale naloty alianckie, a później szturm Armii Czerwonej pozostawiły po sobie znaczący ślad. W centrum miasta większość budynków i zabytkowych budowli była wypalona, 1/3 domów mieszkalnych legła w gruzach. Jednak w przeciwieństwie do Polaków, Niemcom nie zależało na podniesieniu starej zabudowy. Pierwotny wygląd przywrócono tylko pojedynczym, najbardziej wartościowym obiektom oraz tym, które się do tego nadawały. Pozostałe znacznie zmodernizowano lub po prostu zastąpiono nowymi. Niemiecki pragmatyzm oraz powrót do głosu architektów-awangardzistów, wcześniej tępionych przez nazistów, spowodowały, że budowę nowych gmachów uznano za tańszą i bardziej praktyczną, co zresztą było zgodne w prawdą. Odbudowa Starego Miasta w Warszawie kosztowała wielokrotnie więcej, niż gdyby wzniesiono tam nowe obiekty. Ponadto XIX-wieczne kamienice nigdzie nie spełniały współczesnych wymogów higieny i komfortu. W Berlinie z 25 tysięcy zniszczonych kamienic tylko 30 zabezpieczono i odtworzono dokładnie w historycznej formie.

W 1961 roku miasto przedzielił długi na ponad 150 km mur – i to on najmocniej wpłynął na wygląd niemieckiej stolicy. Jego okolice opustoszały, nic się też w sąsiedztwie nie budowało przez prawie 30 lat. Gdy mur runął – pozostał szeroki pas pustej ziemi, pozostałość nie tylko po betonowej konstrukcji, ale także okopach i polach minowych wokół. Niektóre fragmenty tego terenu służą dziś za parkingi czy skwery, większość została już zajęta przez nowe domy, sklepy, biura.

W latach 90. Berlin był największym placem budowy w Europie, a może i na świecie. Rozwój miasta odbywał się na wielu płaszczyznach. W stolicy zjednoczonych Niemiec ludzie szukali pracy i potrzebowali mieszkań, a setki banków, koncernów, instytucji i organizacji – siedzib. Zaczęto zabudowywać nie tylko 150-kilometrowy pas, jaki pozostał po rozebranym murze, ale właściwie każdą wolną przestrzeń, bo potrzeby były ogromne. I znów niemiecki pragmatyzm wziął górę: nie zburzono żadnego z budynków, jakie pozostały po III Rzeszy i po komunistach – wszystkie zmodernizowano stosownie do nowych potrzeb. Budynek dawnego Ministerstwa Lotnictwa Rzeszy zajęło Ministerstwo Finansów, siedzibę Komitetu Centralnego Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec (SED) – Ministerstwo Spraw Zagranicznych.

Oceniając nieprawdopodobny boom budowlany z dzisiejszej perspektywy, można dostrzec popełnione błędy. Tracą one jednak na znaczeniu, gdy traktuje się miasto jako wielką europejską stolicę, w której po prostu dobrze się żyje.

Współczesny Berlin oderwał się od historii; ślady po murze giną wśród nowej zabudowy, zacierają się różnice pomiędzy dawnym „wschodem” i „zachodem”. Jednym z przejawów jest otwarcie na nowoczesną architekturę – w ciągu dwóch ostatnich dekad powstało wiele ciekawych dzieł. Co bardzo ważne: ich realizacja została precyzyjnie wpisana w plany miasta. Chaos, przypadkowość, brak spójnej koncepcji zabudowy – czyli bolączki np. Warszawy – nie dotyczą Berlina, objętego szczegółowymi projektami zagospodarowania. Tu nawet dzieło gwiazdy światowej architektury musi wpisywać się w zastany kontekst, a więc pasować gabarytami, wysokością, czasem nawet materiałem czy kolorem do sąsiednich zabudowań. Co zresztą nie utrudnia powstawania oryginalnych, ciekawych obiektów.

 

Reichstag z kopułą Fostera

Gmach Reichstagu, zniszczony w czasie wojny, odbudowany w latach 1961-1971, aż do 1991 r. stał pusty. Znajdował się na terenie Berlina Zachodniego, ale tuż obok muru, i używano go jedynie do okazjonalnych spotkań. W 1991 r. ponownie stał się siedzibą Bundestagu, izby niemieckiego parlamentu. Trzy lata później rozpoczęła się przebudowa według projektu Normana Fostera. Najważniejszym punktem jej założeń była szklana kopuła o średnicy 38 i wysokości 23,5 metra. Dziś dwoma szklanymi windami tysiące turystów dziennie wjeżdża na jej szczyt, by podziwiać panoramę miasta. Budowa tej atrakcji turystycznej nie umniejszyła powagi urzędu. Nie uczynił tego także słynny Christo, artysta znany z „opakowywania” w kolorowe tkaniny i plandeki budowli oraz części krajobrazu. W 1995 r. za pomocą 100 tys. m2 polipropylenowego materiału oraz 15 km sznura opakował na 20 dni siedzibę jednej z najwyższych władz najpotężniejszego kraju w Europie. Zasłonięty Reichstag odwiedziło wówczas 5 milionów ludzi.

 

Muzeum Holocaustu

Ani Pomnik Pomordowanych Żydów Europy (budowany w latach 2003–2005; proj. Peter Eisenman), ani Muzeum Żydowskie (otwarte w 2001 r.; proj. Daniel Libeskind) nie są monumentalnymi, patetycznymi budowlami, choć nadając im taką formę Niemcy mogliby „zaprezentować” światu swoje poczucie winy. Pomnik – to właściwie duży publiczny plac w centrum miasta, zastawiony 2711 betonowymi blokami. Prostota tego założenia, a zarazem jego wyrazistość są przejmujące. Wśród betonowych brył, symbolizujących strony Talmudu, ludzie nierzadko odpoczywają, bawią się i nikogo to nie oburza.

Muzeum – to inny przykład; budynek-dzieło sztuki, inny niż tradycyjne muzea, będące zazwyczaj tylko „opakowaniem” dla ekspozycji. Dekontruktywista Libeskind nadał gmachowi kształt połamanej gwiazdy Dawida, obił go cynkową blachą, a elewacje poprzecinał zygzakami wąskich, nieregularnych okien. Puste, ciasne, betonowe korytarze, szczeliny, przez które sączy się światło, wreszcie wieża, w której widz zostaje na chwilę zamknięty za stalowymi drzwiami; dramatyczny wyraz tej budowli – prostej, a zarazem boleśnie wyrazistej – mówi więcej o tragedii europejskich Żydów niż pomniki i muzealne eksponaty.

 

Park na lotnisku

Niektórzy za najbardziej kontrowersyjną realizację po roku 1989 uznają zabudowę jednego z największych i najruchliwszych placów w mieście, w samym centrum. Potsdamer Platz przez wiele lat był rozdzielony murem, pusty, zdegradowany. W 1990 r. zaczęły się tu pierwsze roboty budowlane. Oddany w ręce czterech różnych inwestorów – w ciągu kilku lat stał się centrum biurowo-rozrywkowym. O ile wieżowce, mieszczące siedziby firm nie budzą kontrowersji, o tyle Sony Center – ogromny kompleks budynków z kinami, sklepami, hotelami i muzeami, zaprojektowany przez Helmuta Jahna – to po prostu ogromna świątynia komercji. Wielki, zadaszony dziedziniec, ekspresyjna architektura i mnóstwo ogólnodostępnej, atrakcyjnej przestrzeni rozrywkowej, przyciągają tu każdego dnia 70 tysięcy osób.

W 2008 r. władze Berlina ogłosiły likwidację niedochodowego i przekraczającego normy hałasu, bo położonego blisko centrum, lotniska Tempelhof. W obronie obiektu – a przede wszystkim monumentalnego budynku terminala z lat 20., rozbudowanego w III Rzeszy – stanęły tysiące berlińczyków. Rozpisano referendum, w którym 60% głosujących było w ogóle przeciwko likwidacji portu lotniczego, kolejne 35% chciało przeniesienia do budynku terminala miejskiego ratusza, ale wyniki uznano za nieważne z powodu zbyt niskiej frekwencji.

Głos mieszkańców miasta nie poszedł jednak na marne i nie doszło do zabudowania tego niezwykle atrakcyjnego terenu. Stał się rozciągniętym na olbrzymiej przestrzeni publicznym parkiem. Sam budynek terminala tymczasowo przeznaczono na działania kulturalne, ale docelowo ma być jednak rozebrany. W dniu otwarcia parku, w maju 2010 r. na płycie dawnego lotniska bawiło się ponad 200 tysięcy ludzi. Kosztem 60 milionów euro do 2017 r. obszar ten ma się stać w pełni ukształtowaną i „umeblowaną” atrakcyjną przestrzenią publiczną. Trudno chyba byłoby znaleźć na mapie świata drugie miasto, w którym 380 hektarów pustego terenu w centrum oddaje się w użytkowanie mieszkańcom. Ziemia w Berlinie jest bardzo droga, łatwo obliczyć, ile miasto zarobiłoby, sprzedając dawne lotnisko deweloperom.

Ale nie tylko takie widowiskowe projekty pokazują, że zjednoczony Berlin jest miastem, które dba o swoich obywateli. Dowodem na to jest sprzyjanie działaniom artystycznym i lokalnym inicjatywom kulturalno-rozrywkowym czy przebudowywanie infrastruktury miejskiej tak, by była bardziej przyjazna rowerzystom i pieszym. Lokalne władze patrzą przychylnie na oddolne inicjatywy mieszkańców (są dzielnice, gdzie w każdym domu działa galeria, sklep czy kawiarnia).

Istotną kwestią jest też dbałość samorządu o dostępność mieszkań – od cichej akceptacji squatów, przez budowę osiedli socjalnych, po gigantyczne przedsięwzięcia – jak rewitalizacja osiedla Hellersdorf.

Czy zdroworozsądkowe podejście do życia, podobno charakteryzujące Niemców, spowodowało, że po wojennych zniszczeniach i doświadczeniach 40-letniego podziału na dwa różne światy Berlin jest tętniącym życiem, nowoczesnym, pełnym doskonałej architektury, a przede wszystkim przyjaznym ludziom miastem? Dlaczego – mimo wielu podobnych kart historii – o Warszawie nie da się tego samego powiedzieć? Chyba przede wszystkim dlatego, że władze niemieckiej stolicy miały długofalowy plan dla metropolii, wizję, w jakim kierunku ma się ono rozwijać i – co najważniejsze – dla kogo. No i niebagatelne fundusze. BM

Artykuł ukazał się w 14. numerze „Beethoven Magazine” (1/2012).

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: