Aleksandra Kurzak: Zdarza mi się fruwać

1 Gru

 

– Czego się pani boi?

– Zranienia, rozczarowania ludźmi, ich przyjaźnią albo miłością. Inny strach jest mi obcy – mówi Aleksandra Kurzak w rozmowie z Remigiuszem Grzelą.

 

Remigiusz Grzela: Udało się pani coś, co nie udało się dotąd żadnej polskiej śpiewaczce. Podpisała pani wyłączny kontrakt z wytwórnią muzyczną Decca. To spełnienie marzeń?

Aleksandra Kurzak: Jak najbardziej. Traktuję ten kontrakt jako ukoronowanie kariery i wysiłków, które w nią włożyłam od początku mojej drogi muzycznej. Podpisanie kontraktu z tak prestiżową firmą fonograficzną to wielki zaszczyt. Ta wytwórnia wydawała płyty wielkich śpiewaków: Joan Sutherland, Renaty Tebaldi, Luciano Pavarottiego, a obecnie Renée Fleming, Jonasa Kaufmanna, Juana Diego Floreza. Bardzo jestem z tego dumna.

Na ile płyt podpisała pani kontrakt?

Na cztery. W przyszłym roku ma wyjść druga płyta, jestem na etapie szukania repertuaru. Być może będzie w całości poświęcona Rossiniemu. A może będą to wielkie sceny obłędu, a więc Donizetti i Bellini.

 

Jak trafiła do pani ta propozycja?

Właściwie od 2001 r., kiedy zaczęłam pracę w Operze Hamburskiej, pojawiały się propozycje nagrania płyt w innych, mniejszych wytwórniach. Z ówczesnym menadżerem odsuwaliśmy te plany – uznając, że jeśli spełniać marzenia, czyli wydać płytę, to w jednej z najbardziej liczących się wytwórni w świecie klasyki. W styczniu 2010 r. szefowie Decca Classics przyjechali do Hamburga na mój spektakl Rigoletto. Po tygodniu dostałam propozycję kontraktu. Początkowo idea tej płyty była inna, miałam nagrać arie jednego kompozytora. Jednak w czerwcu ubiegłego roku dyrektor Decca Londyn, Paul Moseley przyjechał do Opery Narodowej w Warszawie obejrzeć Traviatę. Po spektaklu powiedział: „Szkoda byłoby skupiać się na jednym kompozytorze. Masz więcej do zaoferowania. Pokażmy zestaw wszystkich środków operowania barwami, jakie masz w głosie, poruszania się w różnych stylach”.

Tak narodził się pomysł zestawu najlepszych arii, które śpiewałam w ostatnich latach. Potem długo trwały pertraktacje, którymi zajmował się mój menadżer. Kontrakt przyszedł, kiedy byłam w Seattle (w czasie premiery Łucji z Lammermooru jeszcze w październiku), a w grudniu ubiegłego roku nagraliśmy płytę z Orquestra de la Comunitat Valenciana pod dyrekcją Omera Wellbera. Premiera międzynarodowa, w tym polska zaplanowana jest na sierpień. Płyta jest już do kupienia w Hiszpanii i we Włoszech, gdyż jej prapremiera towarzyszy moimi występom w Weselu Figara w Teatrze Real w Madrycie, a następnie w Cyruliku sewilskim w Arena di Verona. Przeżywam bardzo miły dla mnie czas.

 

Na płycie Gioia!, obok arii z oper Mozarta, Rossiniego, Belliniego, Donizettiego, znalazła się też aria Do grobu trwać w bezżennym stanie! ze Strasznego dworu Moniuszki. Szefowie wytwórni chętnie przystali na ten polski element?

Ten pomysł wyszedł od nich. Bardzo się cieszę, że jest na tej płycie polski akcent. Spotkałam się już z bardzo pochlebnymi recenzjami tej arii. Słuchacze są zachwyceni nieznaną im muzyką. Podobnie zareagowała orkiestra, z którą nagrywałam płytę.

Zdarza się pani sięgać po skrzypce?

Ze skrzypcami pożegnałam się zaraz po maturze, w 1996 r. Niestety je sprzedałam. Od tamtego czasu chyba tylko raz miałam skrzypce w rękach – na jakiejś próbie wzięłam je od kolegi z orkiestry, chciałam sobie coś przypomnieć. Zrobiłam to bardziej dla zabawy, niż z tęsknoty za instrumentem.

Ma pani swoich ulubionych skrzypków?

Cenię Anne-Sophie Mutter, lubię Nigela Kennedy’ego, który potrafi wyjść z klasyką do szerokiego grona odbiorców. Ale na co dzień nie słucham muzyki klasycznej. Jestem tak zajęta operą i nauką nowych partii, a mój dzień tak bardzo wypełnia muzyka, że po zajęciach wybieram ciszę. Słuchałam więcej, kiedy chodziłam do szkoły średniej. Teraz potrzebuję czasu na odłączenie się od muzyki. Raczej zdarza mi się słuchać radia, w samochodzie albo w domu, lubię piosenki popowe. Nie jestem audiofilem. Nie mam ulubionych wykonawców, lubię muzykę lat 60., 70., standardy jazzowe.

Co myśli pani o śpiewakach, którzy nagrywają repertuar popowy?

Nie znam zbyt wielu takich płyt. Renée Fleming nagrała znakomitą płytę jazzową. Wcześniej nie zajmowała się tego rodzaju muzyką, a jej wykonanie jest fenomenalne. Podziwiam ją za to, że potrafi połączyć bardzo dalekie sobie techniki operowania głosem. Koncerty Pavarotti i przyjaciele, na których Pavarotti śpiewał operowym głosem popularne piosenki, przyciągały tłumy. Dlaczego miałabym być przeciwko upowszechnianiu opery, zwłaszcza jeśli takie koncerty czy nagrania są na wysokim poziomie?

Jakich wykonawców słuchała pani w liceum?

Byłam zakochana w Plácido Domingo. Jego wielki plakat z koncertu w Zabrzu powiesiłam nad łóżkiem. Oczywiście uwielbiałam Marię Callas. To są nazwiska, które podobają się większości. Kiedy profesjonalnie zajęłam się śpiewaniem, zaczęłam słuchać nagrań pod kątem techniki wykonania. Wśród najważniejszych artystów była na pewno Mirella Freni, którą ubóstwiam, szczególnie w Puccinim. Teraz, przy okazji mojego debiutu w Łucji z Lammermooru, słuchałam Joan Sutherland, Beverly Sills i wielkiej Marielli Devii, która może nie jest popularna, ale jest wielką artystką i odtwórczynią ról belcantowych.

Domingo to dla Pani ważny artysta?

Moja kariera na liczących się scenach świata miała początek na konkursie Plácido Domingo w Los Angeles. Później spotkaliśmy się w Londynie i w Hamburgu. Powiedziałam mu, że zawsze byłam jego wielką fanką, zresztą nie tylko ja, również moja mama. Śmiał się, kiedy wspomniałam o tym plakacie nad moim łóżkiem. To świetny człowiek, wielka postać. Ma niesamowitą pamięć. Śpiewał w Londynie w Operze Królewskiej w Walkirii, a ja w tym samym teatrze debiutowałam w operze Mozarta. Spotkaliśmy się w barze teatralnym. Podeszłam do niego i nieśmiało powiedziałam: „Maestro, to było wielkie przeżycie usłyszeć pana na żywo na scenie. Zawsze o tym marzyłam, chciałam się przypomnieć, brałam udział w pana konkursie”. Nie tylko to pamiętał, nie tylko wiedział o moim debiucie w Metropolitan Opera, ale pamiętał też, co śpiewałam w pierwszym etapie jego konkursu. Po pięciu latach! Pamiętał, chociaż konkursu nie wygrałam, nawet nie znalazłam się w finale. Mimo to, okazał się najważniejszy w mojej karierze, bo zostałam zauważona – kilka miesięcy później dostałam list z Londynu od dyrektora od obsad z Covent Garden, Petera Mario Katony. Napisał, że słyszał mnie podczas przesłuchań i pytał o moje plany, jak się rozwijam. Po czterech latach przyjechał do Hamburga, a jadąc prosto z Polski, zaśpiewałam dla niego audycję. Zdałam ten „egzamin” pozytywnie i tak się wszystko zaczęło.

W jaki sposób przygotowuje pani role?

Wychowywałam się w operze, moi rodzice są muzykami. Mama – Jolanta Żmurko – jest śpiewaczką, ojciec – Ryszard Kurzak – waltornistą. Wiele oper znam bardzo dobrze. Kiedy uczę się zupełnie nieznanego mi utworu, jak było na przykład z Matilde di Shabran, kupuję płytę, żeby poznać muzykę, jednak nigdy nie sugeruję się wykonaniem i interpretacją. Przygotowuję się sama, bez pomocy pianisty.

Mama często przyjeżdża na pani występy?

Nie przypominam sobie, żeby jakiś opuściła. Przyjeżdża, jeśli akurat nie ma premiery lub spektaklu. Jeżeli nie może dotrzeć na premierę, zjawia się na kolejnym przedstawieniu. Ostatnio była u mnie przez tydzień w Madrycie, miałyśmy trochę czasu dla siebie.

Jest wobec pani krytyczna?

Zawsze była. Jestem jej za to wdzięczna. Tego oczekuję, bo jest moim jedynym nauczycielem. Zawdzięczam jej naprawdę wszystko. Mam świadomość, że krytyka jest ważna, bo przez nią jestem w stanie robić postępy, wciąż się uczyć, pracować nad słabościami. Nie jestem doskonała. Jeśli tylko mam jakiś problem techniczny, dzwonię do mamy po poradę.

To prawda, że zdarzało się pani dzwonić nawet w przerwie spektaklu?

Zdarzało się nam odbywać lekcje przez telefon, później przez Skype’a. Od jakiegoś czasu właściwie radzę sobie sama, potrafię rozwiązać większość problemów. Bywało jednak, że śpiewając – czułam niewygodę. Przy dobrej technice śpiewowi nie powinien towarzyszyć wysiłek fizyczny. Jeśli więc poczułam, że coś nie wyszło tak, jak powinno, albo kiedy w przerwie spektaklu wiedziałam, że jest przede mną problem, z którym sobie nie radzę, potrafiłam zadzwonić do mamy i zaśpiewać przez telefon. Taka konfrontacja jest potrzebna, bo słyszymy siebie zupełnie inaczej niż ktoś, kto nas słucha z zewnątrz.

W ostatnich latach zdarzało się pani śpiewać z mamą. Jakie to uczucie?

Był taki piękny wieczór przy okazji jubileuszu Jolanty Żmurko, na którym zaśpiewałyśmy razem. Ona – pierwszy akt Traviaty, pierwszy akt Rigoletta, razem – drugi akt Zemsty nietoperza, mama partię Rozalindy, ja Adeli. Dwa lata temu zaśpiewałyśmy też razem Wesele Figara, w dziesięciolecie naszej premiery. Tak, tak, debiutowałam w tej operze jako studentka, właśnie u boku mamy. Śpiewałam partię Zuzanny, mama Hrabinę. Piękne wspomnienie, emocje, które zostają na długo. Taka sentymentalna podróż wstecz. Żartujemy, że to wyjątkowy czas, bo nauczycielka matka j e s z c z e może, a córka j u ż może. To w ogóle rzadkość, żeby matka i córka śpiewały w jednym przedstawieniu.

Patrzyłyście na siebie bardziej krytycznie, będąc razem na scenie?

W czasie spektaklu nie myśli się o relacjach rodzinnych. Weszłyśmy w postacie, w ich emocje. Mama wspomina, że dużo większe znaczenie miało dla niej to nasze pierwsze spotkanie sceniczne w 1999 r. Bardzo wtedy przeżyła, że śpiewa z córką i uczennicą.

Przyznam się panu do czegoś. Mama przypomniała mi niedawno, że podczas pierwszego recytatywu tak się zdenerwowała, że wypadła z tonacji, a ja weszłam na scenę i podobno przez zaciśnięte zęby powiedziałam: „Mamo!”. Uświadomiła sobie wtedy, że jest dobrze, że powinna myśleć o sobie, nie o mnie, zrozumiała, że córka czuje się na scenie bardzo pewnie. A ja zupełnie nie pamiętam, że ją wtedy skarciłam.

 

Kiedy była pani dzieckiem i obserwowała za kulisami mamę zmieniającą kostiumy, wcielającą się w różne role, zazdrościła jej pani? 

Nie. W jakimś sensie traktowałam ten świat jak bajkę. Spacerowałam za kulisami, oglądałam maszynerię, elementy scenografii, po spektaklach zbierałam świecidełka i piórka, które odpadały od kostiumów. Żyłam w takim uroczym dla dziecka świecie. Pamiętam, że gdy miałam może kilka lat, poszłam z ciocią na operetkę Student Żebrak. Mój tata grał w orkiestrze. A ponieważ operetka była po polsku, wszystko rozumiałam. Mama miała miłosny duet z tenorem. Śpiewała do niego: „Kocham cię, kocham cię”. Pamiętam, że po przyjściu do domu podarłam wszystkie zdjęcia, na których był ten tenor. Nie mogłam zrozumieć, że podczas gdy tata jest w orkiestronie, mama wyznaje na scenie miłość innemu panu. To była chyba jedyna oznaka zazdrości.

Jak mama reaguje na pani karierę? Sama żyła w rzeczywistości, która nie sprzyjała próbom zrobienia zagranicznej kariery.

Dostawała zaproszenia z zagranicy. Kiedyś nie otrzymała paszportu, innym razem mogła zostać w Niemczech na długim kontrakcie, ale bała się, że nie pozwolą jej wrócić do Polski. Rodzina była dla niej ważniejsza niż zagranica. Podjęła decyzję o powrocie. Teraz przeżywa wielką radość, pewnie nawet dumę, że realizuję jej własne marzenia. Bardzo się moimi sukcesami wzrusza. Kiedy po moim debiucie w Metropolitan Opera zapytałam ją, jak było, odpowiedziała, że nic nie wie, bo przez cały wieczór płakała i że chce jeszcze jeden bilet, bo musi spokojnie obejrzeć spektakl, by móc go ocenić.

Jakie są pani najwcześniejsze wspomnienia związane z domem?

To oczywiście wspomnienia związane z teatrem. Pamiętam, jak mama zabrała mnie na próbę do opery. Siedziałyśmy z tyłu, na widowni. Wielki tenor Opery Wrocławskiej Janusz Zipser, urodziwy mężczyzna, odwrócił się do mnie i puścił mi oczko. Widziałam go wcześniej w spektaklu i byłam przekonana, że nie jest śpiewakiem, tylko prawdziwym księciem. Zachwycona powiedziałam: „Mamo, a ten pan zrobił do mnie tak” i pokazałam, że puścił oko. A mama zapytała: „A co ty zrobiłaś, kochanie?”. „To samo”. To teatr. A dom? Był przepełniony miłością rodziców. Starali się, żeby niczego mi nie brakowało w ciężkich czasach. A ponieważ nic nie można było w Polsce dostać, tato często wyjeżdżał do Niemiec, wracał zapakowanym po brzegi samochodem, w którym było wszystko – od artykułów spożywczych po ubrania i zabawki. Dom kojarzy mi się z poczuciem bezpieczeństwa. Najpierw mieszkaliśmy w dwupokojowym mieszkaniu w bloku. Miesiąc przed moją komunią przeprowadziliśmy się do dzielnicy willowej. Przyjęcie po komunii odbyło się w ogrodzie.

Nie brakowało pani rodzeństwa?

Siostra mojej mamy ma córkę. Między nami było tylko dziewięć miesięcy różnicy, więc wychowywałyśmy się właściwie razem. Miałyśmy wspólne wyjazdy wakacyjne. Nigdy nie nazywałam jej kuzynką; zawsze mówiłam, że to moja siostra. Oczywiście, że brakowało mi rodzeństwa. Moja mama przeżyła wielka traumę w trakcie ciąży i również w czasie porodu, do dziś jak o tym opowiada, przeżywa emocje i zdarza jej się mówić przez łzy. Urodziłam się jako wcześniak, po urodzeniu nie było ze mną najlepiej, miałam niewielkie szanse na przeżycie. Mama straciła głos na kilka lat, a była w trakcie studiów. To było drastyczne, emocjonalne przeżycie i rodzice nie zdecydowali się na następne dziecko. Mój czas dzieciństwa był wypełniony szkołą muzyczną, skrzypcami, teatrem, spektaklami baletowymi, na które uwielbiałam chodzić, bo marzyłam, żeby zostać tancerką. Nie narzekałam na brak towarzystwa.

Ale nie poszła pani do szkoły baletowej?

Koledzy rodziców z opery odradzali posłanie dziecka do szkoły baletowej (i mieli rację), twierdząc, że to bardzo ciężki i krótkotrwały zawód. Ponieważ jestem jedynaczką, a we Wrocławiu nie było szkoły baletowej, rodzice nie chcieli tak szybko wypuścić mnie spod swoich skrzydeł.

Co dzisiaj czuje pani, oglądając balet? Jest zadra? 

Lubię chodzić na spektakle baletowe i przeżywam wielkie wzruszenie. Widziałam niedawno premierę Kopciuszka Prokofiewa w Operze Narodowej w Warszawie. W dzieciństwie czasem udawało mi się pójść na wagary (co było uzgodnione z rodzicami), na spektakle baletowe dla szkół. Tata zabierał mnie właśnie na Kopciuszka, więc do dzisiaj muzyka Prokofiewa przywołuje wspomnienia z dzieciństwa. Ostatnio, występując w Londynie w Royal Opera, miałam okazję zobaczenia przepięknej Giselle z fenomenalnym Sergeiem Poluninem, tancerzem z Ukrainy. Nie pamiętam, kiedy widziałam takiego tancerza na żywo. Sprawiał wrażenie, że fruwa, a nie tańczy. Poza tym miałam znakomitego partnera do oglądania, bo w loży koło mnie siedział Paul McCartney. Po spektaklu miałam okazję spotkać się i porozmawiać nie tylko z tancerzami, ale także z nim. Niespodziewane spotkanie z legendą.

A pani zdarzyło się kiedyś frunąć podczas śpiewania?

To się zdarza przy rolach tragicznych. Bywają takie spektakle jak Traviata, Łucja z Lammermooru, z dużym nasileniem emocji; to piękne momenty, w których zapominam, że to ja jestem na scenie, bo tak głęboko udaje się „wejść w postać”, jej emocje, w muzykę. Tak, na scenie zdarza mi się odlecieć w inny wymiar.

Co pani czuje pani, śpiewając?

Mam wrażenie, że stoję i słyszę swój głos naokoło siebie. Nie mam poczucia, że głos wydobywa się z ciała. Żadnego fizycznego wysiłku. Śpiew się staje. Oczywiście to się zdarza jedynie wtedy, gdy jestem w stuprocentowej formie, bez psychicznego zmęczenia, bez prywatnych kłopotów, które zajmują głowę. Głos to zwierciadło duszy. Można w nim usłyszeć radość, spokój albo nieszczęście, które jest ukrywane przed światem.

Często pani zaskakuje siebie?

Już nie. Jestem osobą poukładaną. Nie przypominam sobie, żebym zdecydowała się na jakieś ryzykowne kroki. To nie ma nic wspólnego z wyrachowaniem. Wiem, że trzeba czasem pójść za emocjami, za głosem serca, ale staram się zawsze najpierw pomyśleć, bo nie lubię siebie zaskakiwać, więc wolę podejmować racjonalne decyzje.

 

Mówiła pani, że mama straciła głos, kiedy panią urodziła. Myślała pani kiedykolwiek, że to mogłoby się pani przytrafić? 

Broń Boże! Nawet nie chcę tak myśleć. Rodzina jest dla mnie ważna, chciałabym mieć dzieci, nie mogę sprowadzać na siebie takich myśli, zakładać z góry, że coś się może przytrafić.

Jakie koszmary śnią się śpiewaczkom?

Że wchodzą na scenę i nie znają tekstu. Ale to pół biedy, bo gorzej, kiedy wchodzą na scenę i w ogóle nie znają muzyki. Takie sny są okropne.

To się śni przed premierą?

Mnie najczęściej, kiedy uczę się nowej roli. Jestem zdolna, uczę się szybko. Ale bywam też leniwa, więc odkładam w czasie naukę. Zostaje dziesięć dni do rozpoczęcia prób, a wciąż „jestem w lesie”. Wtedy miewam takie sny. Zawsze jest tysiąc rzeczy do zrobienia. Teraz uczę się Cosi fan tutte, od marca wszędzie wożę ze sobą nuty, jest czerwiec, a pierwsza próba piętnastego sierpnia. Zapoznałam się z muzyką, ale czas goni i wiem, że muszę się za to wziąć, bo na wakacjach zamiast cieszyć się wolnym czasem, będę leżeć na plaży z słuchawkami

i nutami. Wprawdzie obiecałam sobie, że do końca czerwca się nauczę, ale kto to wie. Mam jeszcze spektakle w Weronie, chciałbym więc pozwiedzać Włochy, pojeździć, usiąść sobie w jakiejś małej trattorii przy starej uliczce. A tu nuty w głowie.

Te sny stawiają panią do pionu?

W niewielkim stopniu, bo nie wyciągam wniosków i dalej uczę się na ostatnią chwilę; z przekonaniem, że jak zwykle zdążę.

 

Przeczytałem zaskakujące pani wyznanie, że śpiewa pani z cukierkiem przyklejonym do podniebienia?

To prawda. Ja to powiedziałam? No dobrze, wytłumaczę się. Nie zawsze możemy śpiewać w świetnej formie. Czasem występujemy, kiedy jesteśmy chorzy, bierzemy antybiotyki, mamy wysuszone gardło. Mnie przydarzyło się to dwa razy, w operze w Monachium i niedawno w operze w Londynie. Strasznie mi wyschło w gardle, podczas arii myślałam, że oszaleję z bólu. Miałam atak kaszlu, który musiałam wstrzymywać, ściskał gardło, leciały mi łzy, rozmazałam makijaż, odpadły mi rzęsy i to wszystko działo się w trakcie arii. Nic nie mogłam zrobić, mogłam jedynie śpiewać dalej. Odkryłam takie maleńkie cukierki nawilżające gardło, które znakomicie przyklejają się do podniebienia i nie przeszkadzają w śpiewaniu.

Ewa Podleś, w rozmowie ze mną powiedziała, że kiedy przychodzi na próbę, od razu wchodzi w konflikt z dyrygentem. Zdarza się to pani? 

Nie, nie zdarzyło mi się to nigdy. Byłam skrzypaczką i koncertmistrzem, więc łatwo dogaduję się z orkiestrami i dyrygentami. To teraz procentuje. A konflikty? Mogą się każdemu przydarzyć.

A z reżyserami, którzy każą śpiewać, stojąc na głowie, też się pani nie spiera?

Ja bym tego nie zrobiła, bo nie potrafię stać na głowie. Widziałam Lulu w reżyserii znakomitego Petera Konvichnego, śpiewała Marlis Petersen; śpiewała stojąc na głowie, bo zajmowała się wcześniej lekkoatletyką. Dobrzy reżyserzy mają swoje wizje, ale liczą się ze śpiewakami. Twórczość w teatrze polega przede wszystkim na współpracy.

Jaka była najdziwniejsza inscenizacja, w której wzięła pani udział?

Zaskoczyła mnie inscenizacja barokowej opery Juliusz Cezar w Egipcie, gdzie śpiewałam Kleopatrę. Nastawiłam się na zupełnie inny spektakl. Okazało się, że nie miał nic wspólnego ani z Egiptem, ani ze starożytnością. Kupowałam kostiumy na Reeperbahn, w dzielnicy domów publicznych w Hamburgu. Opera w oryginale kończy się happy endem, tutaj tak nie było. Muszę być w stu procentach przekonana do projektu, żeby się w niego zaangażować, muszę zrozumieć ideę. Potrafiłyśmy z reżyserką całą trzygodzinną próbę przesiedzieć nad jedną arią. Zadawałam jej mnóstwo pytań, a ona umiała na wszystkie wyczerpująco odpowiedzieć. Przekonała mnie do swojej wizji, a efekt końcowy był znakomity, spektakl odniósł wielki sukces. Był logiczny i inteligentny. Ale uwielbiam też piękne, tradycyjne wystawienia operowe. Może nawet coraz bardziej je lubię, bo coraz rzadziej mam możliwość śpiewać w takich spektaklach. Tęsknota za tradycją, pięknymi kostiumami, wiąże się z marzeniem małej dziewczynki o byciu księżniczką. To wspaniałe uczucie móc przenieść się w inne czasy. Zdarza mi się też mieć poczucie, że śpiew wystarczy. To przekonanie mogło się wziąć z moich doświadczeń w teatrach niemieckich, bo nowoczesność inscenizacji dochodziła tam do absurdu. Teatr zawsze musi być logiczny i mądry, bez względu na to, jakimi środkami się do niego dochodzi.

Którzy dyrygenci i reżyserzy panią ukształtowali?

Mnie? Powiem szczerze, że nie dałam się nigdy nikomu ukształtować. Zachowywałam zawsze swoją indywidualność. Patrzę, słucham, uczę się, ale nie pozwolę stłamsić swojego ja. Oczywiście pod względem techniki wokalnej ukształtowała mnie mama. Ojciec jeździł ze mną do szkoły, ćwiczył ze mną na skrzypcach, słuchał, więc ukształtował mnie jako muzyka. Spotkania z innymi reżyserami i dyrygentami to było już tylko dokształcanie.

Jest pani trudna we współpracy?

Myślę, że ze mną dobrze się współpracuje. Jestem lubiana przez dyrygentów, reżyserów, kolegów, sami to przyznają. A że czasami dochodzi do sporów, to normalne. Wszyscy jesteśmy indywidualnościami, każdy ma własne spojrzenie na stronę muzyczną, interpretację danej arii.

Nie musi mi się podobać to, co ktoś proponuje. Ważne, by umieć znaleźć kompromis. Nie chcę się z nikim kłócić, nie znoszę ciężkiej, niemiłej atmosfery na próbach.

Najpiękniejsze są praca nad rolą i powstawanie spektaklu.

Śpiewaczki są kapryśne?

To opinia z zamierzchłych lat. Nie żyjemy w czasach legendarnych diw operowych.

Konkurują ze sobą? 

Różnie bywa. Z nikim nie konkuruję, bo jestem kontraktowana; przyjeżdżam, wiem kiedy i co śpiewam. Ale wiem też, że w teatrach etatowych może dochodzić do ostrych starć między śpiewaczkami, bo obsadza się ich kilka w jednej roli. Ta, która będzie najlepsza, wystąpi w premierze.

Prawdziwy artysta musi być trochę egoistą i osobowością narcystyczną. Bo na scenie uprawiamy ekshibicjonizm. Jeśli śpiewam ze świetnym partnerem, tym lepiej. Taka rywalizacja jest mobilizująca, to forma konkursu na scenie, jeden chce dorównać drugiemu: byłeś znakomity, chcę być lepsza. To podnosi poziom spektaklu.

Jakie są pani marzenia?

Wdrapać się na górę jest trudno, ale na szczycie jest dużo mniej miejsca niż u jej podnóża. Marzeniem jest utrzymanie się na tym poziomie, na którym jestem. A w życiu? Mieć więcej wolnego czasu i możliwości spędzania go z osobami, które kocham.

Czego się pani boi?

Zranienia, rozczarowania ludźmi, ich przyjaźnią albo miłością. Inny strach jest mi obcy.

Jest pani szczęśliwa?

Bardzo. To bardzo dobry czas w moim życiu.

Od kiedy czuje pani, że jest na właściwym miejscu?

Od zawsze. Kocham swój zawód. Od dwóch, może trzech lat wiem, że warto było tak ciężko pracować, niejako pozbawić się beztroskiego dzieciństwa, jakie miały koleżanki z podwórka. Czuję się na właściwym miejscu, bo mam nieustannie apetyt na życie i apetyt na pracę. Sycę się tym, co mnie spotyka i tym, co jest wokół mnie. Jest mi w tym miejscu bardzo dobrze.

Rozmawiał Remigiusz Grzela

 

Wywiad przeprowadzono 7 czerwca 2011 r.

Ukazał się w numerze 12 kwartalnika „Beethoven Magazine” (Wiosna/2011)

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: