Mariusz Kwiecień: Nie będę walczył o Moniuszkę…

12 Paźdź

…za to na pewno o Szymanowskiego – deklaruje sławny polski baryton.

Na początku tego roku w Operze Krakowskiej śpiewał Oniegina. W Warszawie nagrywał materiał do pierwszej solowej płyty (ma się ukazać w styczniu 2012 r.). Wkrótce potem rzucił się w wir międzynarodowych występów. Pod koniec lutego powrócił na deski nowojorskiej Metropolitan Opera jako Doktor Malatesta w Don Pasquale Donizettiego. W kwietniu wcielił się w Króla Rogera w przedstawieniu Krzysztofa Warlikowskiego w Teatro Real w Madrycie. Wziął udział w trasie koncertowej zespołu Met po Japonii. 13 kwietnia wcieli się w Don Giovanniego, swoją pierwszą rolę tytułową na scenie Metropolitan Opera. Za dwa lata, w tym samym miejscu, kolejną tytułową partię – Oniegina.

Anna S. Dębowska: Kraków to wciąż pana miasto? Bardziej niż Nowy Jork, gdzie ma pan mieszkanie?

Mariusz Kwiecień: Tu jest mój dom. Tak się złożyło, że na przełomie roku mogłem spędzić w Polsce aż dwa miesiące, co mi się nie zdarzyło od 10 lat. Często emigranci chcą za granicą odnaleźć nową ojczyznę. Próbowałem, ale nie wyszło. Nowy Jork jest fantastycznym miastem, w którym 14 lat temu rozpocząłem swoją karierę, jestem amerykańskim rezydentem i sprawy zawodowe załatwiam w Ameryce, jednak wciąż jestem związany z Polską. Z upływem lat coraz bardziej.

Jak się pan czuł w studio nagraniowym?

Fatalnie! Śpiewanie do dwóch mikrofonów przed pustą widownią, bez możliwości ruchu scenicznego, to niesamowicie trudne zadanie. Moim żywiołem jest scena, tworzenie postaci nie tylko głosem, ale całym sobą, fizycznie, w kostiumie, z partnerami scenicznymi, kiedy mogę się utożsamić z rolą. Dopiero to daje mi wspaniałe przeżycia, które odnajduję w teatrze operowym. Równie źle czuję się w garniturze na recitalach czy koncertach, ale są one nieodłączną częścią mojej profesji.

Solista powinien mieć swoją płytę.

Jest oczekiwanie, że w dorobku każdego artysty powinna znaleźć się przynajmniej jedna płyta solowa, pokazująca jego możliwości. Już wcześniej miałem różne propozycje, ale nigdy nie mogliśmy uzgodnić satysfakcjonujących obie strony warunków. Nagrywanie to ciężka fizyczna praca, wielokrotne powtarzanie całych arii lub ich fragmentów z koniecznością dawania z siebie wszystkiego za każdym razem.

Jak doszło do współpracy z Harmonią Mundi?

Zaczęło się od mojej znajomości z Łukaszem Borowiczem przy okazji Don Giovanniego w Operze Krakowskiej i Operze Narodowej w Warszawie. Jest to dyrygent, którego energia i pasja świetnie współgrają z moim żywiołowym podejściem do muzyki. To on wpadł na pomysł, abyśmy nagrali taśmę-matkę z ariami słowiańskimi, korzystając z tego, że Polska Orkiestra Radiowa, której jest szefem, co roku dokonuje nagrań archiwalnych dla swojej firmy.

Jakiś czas potem skontaktował się ze mną Patrick Lemanski z londyńskiego oddziału Harmonii Mundi. Kilkakrotnie zobaczył, posłuchał mnie na scenie i postanowił, że zajmie się tym projektem.

Jaki program usłyszymy na pierwszym kompakcie?

Wybrałem utwory, które najlepiej pasują do mojego głosu. Najwięcej jest arii rosyjskich, z Sadko Rimskiego-Korsakowa, gdzie zaśpiewam pieśń Gościa Weneckiego, aria Aleko z opery Rachmaninowa pod tym samym tytułem, arie z Mazepy, Jolanty i Oniegina Czajkowskiego. Ponadto z opery Selma Sedlak Dvořáka i Čertova stěna Smetany. Nie zabraknie również polskich arii: Miecznika ze Strasznego dworu i Janusza z Halki Moniuszki.

Będzie też podobno Król Roger Szymanowskiego, pana wielka rola w Operze Paryskiej sprzed dwóch lat.

Oczywiście – kończąca operę Pieśń do słońca ze wspaniałym wstępem orkiestrowym.

Król Roger idzie za panem. 

W 2012 r. będę go śpiewał na festiwalu w Santa Fe w Stanach Zjednoczonych, gdzie zostanie wystawiony specjalnie dla mnie, z czego się bardzo cieszę.

Staje się pan ambasadorem tej opery na świecie.

Chcę w przyszłości zaśpiewać ją w Metropolitan Opera lub w Covent Garden w Londynie.

Polscy znajomi pytają mnie czasem o Halkę i Straszny dwór, namawiają, żeby o nie też walczyć. Nie odżegnuję się od Moniuszki, ale co poradzę, że te tytuły nie budzą entuzjazmu wśród menedżerów i dyrektorów oper. Uważają, że brzmią one trochę jak operetka. I ja się z tym zgadzam. Jest wiele fantastycznych momentów w Moniuszce, niestety są to dzieła ułomne, słabo zinstrumentowane. Natomiast Król Roger to perła, arcydzieło. Zwięzły utwór z szokującym librettem Jarosława Iwaszkiewicza, które daje pole do popisu reżyserom, śpiewakom, scenografom, bo jest to opowieść o miłości, seksualności, religii, o nieznanych siłach, które często ukryte drzemią w człowieku. Wymarzona rola.

Marzę, by ten paryski Roger znalazł się na DVD. Spektakl został zarejestrowany, ale niestety brakuje kilkudziesięciu tysięcy euro na dokończenie projektu. Szkoda, bo to jedyna nasza opera eksportowa.

Polscy śpiewacy robią oszałamiającą karierę za granicą. Był taki sezon, kiedy aż pięcioro solistów pojawiło się na scenie Metropolitan Opera w różnych przedstawieniach [Ewa Podleś, Aleksandra Kurzak, Mariusz Kwiecień, Piotr Beczała, Andrzej Dobber].

Taka sytuacja nie zaistniała chyba nigdy w historii tego teatru i polskiej wokalistyki. Śpiewaliśmy główne role. Mam nadzieję, że tak będzie jeszcze w kolejnych sezonach. Ja sam mam w Met kontrakty na kolejne lata aż do 2017 roku.

Czym pan tłumaczy ten fenomen?

Talentem. Atutami, takimi jak głos, aktorstwo, żywiołowość, bo to rzeczywiście przekonuje publiczność, menedżerów, dyrektorów oper. Dlatego jesteśmy zapraszani. Obecni na najlepszych scenach świata polscy śpiewacy reprezentują najwyższy artystyczny poziom. Otwarcie granic na pewno pomogło tej polskiej ekspansji, ale to nie jest jedyna przyczyna. Czas pokaże, czy nowe pokolenie powtórzy nasz sukces. Jeśli nie, to będzie znaczyło, że mieliśmy jakiś rzut dobrych genów artystycznych w Polsce wśród dzisiejszych 30- i 40-latków (śmiech).

Zdarzyło się panu, jak niektórym aktorom, takie zrośnięcie z rolą, że widzowie nie potrafili odróżnić prawdziwego Kwietnia od postaci, którą pan śpiewał? 

Kiedyś po zaśpiewaniu Don Giovanniego słuchaczka oburzona stopniem mojej demoralizacji o mało nie uderzyła mnie w głowę parasolką. Nie pamiętam, która to była produkcja, śpiewałem tę postać w kilkudziesięciu teatrach świata.

To pana sztandarowa rola. Odpowiadają panu czarne charaktery?

Oniegin, Don Giovanni, Enrico z Łucji z Lamermooru, ludzie szlachetnie urodzeni, energetyzujący, z mrocznym wnętrzem, poszukujący samych siebie. Tak! Pociągają mnie kontrasty. Kreując niepokorne charaktery, śpiewam barytonem, który uważany jest za ciepły, miękki, zarazem silny i wyrazisty, i nim jako postać uwodzę. Nie interesują mnie bezbarwni, jednowymiarowi bohaterowie, w których nie zachodzi przemiana. Czuję się szczęśliwy, gdy rosnę razem z rolą.

O jakich rolach pan marzy?

Chciałbym dotrzeć do Jagona w Otellu, do mojego ulubionego Simona Boccanegry Verdiego. Może kiedyś, za 15 lat Scarpia w Tosce…? Tannhäuser, bo to jest jedyna rola wagnerowska, którą mógłbym zaśpiewać, napisana na baryton liryczny. Nie marzy mi się Rigoletto czy Trubadur. Czas pokaże, jak daleko razem z moim głosem zajdziemy.

Rozmawiała Anna S. Dębowska

Wywiad przeprowadzono w marcu 2011 r. Ukazał się w kwietniowym numerze „Beethoven Magazine” (nr 11).


Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: