Don Giovanni. Gwałciciel, morderca, tchórz

12 Paźdź

Wystarczyło kilkanaście lat od premiery w 1787 r., by Don Giovanni nie tylko awansował do miana najsłynniejszej opery Mozarta, lecz by urósł do rangi absolutu, stając się objawieniem dla następnych pokoleń – o „operze oper” pisze Jakub Puchalski.

Z żadnego innego dzieła (przynajmniej do czasów Wagnera, który bez Don Giovanniego też by nie zaistniał) nie wyrosło tyle refleksji i poetycko-filozoficznych analiz, nie skierowano do niego tylu peanów, począwszy od genialnej imaginacji E.T.A. Hoffmanna, przez podziw Goethego, po spojrzenie Kierkegaarda, które miało zawładnąć odczytaniem utworu na kolejne stulecie. Mozartowska buffa, wypełniona znacznie bardziej schematycznymi postaciami niż wcześniejsze Wesele Figara i późniejsze Così fan tutte – stała się dla pisarzy i myślicieli wyrazicielką skrajnych objawów erotyki, atrofii lub nadmiaru miłości, zachowań ludzi w ekstremalnych sytuacjach, znudzenia światem lub przeciwnie – nieustannego nad nim zachwytu.

Oś dramatyczną widziano w starciu idealnych, żyjących wyłącznie namiętnością postaci – Donny Anny i samego Don Giovanniego. Reszta protagonistów, choć równie starannie budowana przez autorów, niekiedy niemal nikła w ich cieniu. Oglądając kolejne inscenizacje, zastanawiam się, ile tracimy, pasąc się wciąż paroma wykutymi w XIX stuleciu mitami (niezłomnością Giovanniego, żądzą zemsty Anny, Ottaviem jako ofiarą domniemanej niechęci Mozarta do tenorów, Leporellem jako domniemanym lustrem swego pana…), i nie  potrafiąc oderwać się od nich inaczej, niż przez całkowite, a w skutkach niemal zawsze banalne oddalanie się od treści utworu.

Morderczy początek

Proponuję zatem krok wstecz, do samego dzieła. Na początek węzłowe punkty akcji. Całość zaczyna się sceną zabicia przez zamaskowanego Don Giovanniego ojca Donny Anny, Komandora, który staje w obronie czci córki. Jego agonii towarzyszy iście magiczny tercet barytonu i dwóch basów. Później komiczne spotkanie uwodziciela z dawną kochanką, Donną Elvirą, flirt z młodą wieśniaczką Zerliną, awantura na chłopskim weselu; następnie ważny kwartet – Elvira oskarża Giovanniego przed Anną i jej narzeczonym Ottaviem, po czym wielki recytatyw – Anna opowiada narzeczonemu przebieg zajścia, rozpoznawszy wśród gości weselnych napastnika. Finał I aktu to bal, z którego Giovanni salwuje się ucieczką.

II akt: randka Leporella, przebranego w szaty swego pana, z Elvirą, zdemaskowanie tej farsy (sekstet), prowadzące do uznania Giovanniego za zabójcę Komandora, oraz scena na cmentarzu, gdzie morderca napotyka pomnik swej ofiary, zapraszając go na kolację. Wreszcie uczta, na którą przychodzi kamienny gość, a na koniec sekstet moralizatorski pozostałych bohaterów.

Intryga niezbyt wyrafinowana; była już na drodze do teatralnej rupieciarni, gdy dość nieoczekiwanie Mozart z Lorenzo da Pontem wydźwignęli ją na nieśmiertelny Olimp. Wiecznie zielone wieńce laurowe zapewniło dziełu pokolenie romantyków, wielbiące bohaterów targanych namiętnościami.

„Donna Anna, dzięki najświetniejszym darom natury, jest przeciwieństwem Don Juana. Jak Don Juan był pierwotnie człowiekiem piękności i siły cudownej, tak Donna Anna jest boską kobietą, której czysta dusza wymyka się spod wpływu diabła. Wszystkie sztuczki piekielne mogły zniszczyć jedynie jej życie ziemskie i gdy szatan dokonał tego zniszczenia, za dopustem niebios zemsta piekielna musiała się dopełnić. (…) Czyż nie było przeznaczeniem Donny Anny otworzyć oczy Don Juana na wartość miłości, którą szatan w nim zniszczył, dać mu poznać potęgę drzemiącej w nim natury boskiej i wyrwać go z rozpaczy bezpłodnych wysiłków?” – siła wizji E.T.A. Hoffmanna miała zapewne udział w skupieniu uwagi na dwójce antagonistów, tworząc z nich parę przyciągających się przeciwieństw. Od tego momentu głównym problem egzegezy jest, czy Giovanniemu udało się, czy też nie udało skonsumować zainteresowania Donną Anną. Łamią sobie nad tym głowy i pióra znawcy, gdyż w samej operze nie jest to ani powiedziane, ani nawet zasugerowane. Jednak może nie wiemy tego na pewno, bo ani Mozarta, ani da Pontego ten akurat problem specjalnie nie interesował?

Uciekający libertyn

Oczywiście, Giovanni jest erotomanem, który zapewne skrywa – jak dziś go czytamy – jakieś głębsze problemy i potrzeby (nic prostszego, niż dopisać mu freudowską historię choroby), do tego cynikiem, nie wahającym się dla swych ekscesów zabić. Z naszego punktu widzenia to łatwa konstatacja, jednak w XVIII wieku morderstwo popełnione na scenie, już na początku utworu – i to opery komicznej! – to sprawa poważna.

Don Giovanni jest, owszem, uwodzicielem, lecz przede wszystkim mordercą; zbrodnia dokonana na Komandorze domaga się zadośćuczynienia. Dodajmy, że jest też Don Giovanni szlachcicem, cavaliere, co ma tu znaczenie zasadnicze, dziś kompletnie umykające. Jego adwersarzami, uznawanymi za głównych, są Anna, Ottavio i Elvira. Donna Anna – (nie)doszła ofiara gwałtu, to najwyższa heroina – Mozart przedstawił ją jako furię, właściwie postać wyjętą z seria, jednak w zderzeniu z bohaterami bardziej „realistycznymi” (i komicznymi) właśnie klasyczność jej typu staje się śmieszna. Piorunujące są arie zemsty i wielki recytatyw accompagnato, jednak wszystkie omdlenia, nieustanne „io moro!”, erupcje emocji, które Hoffmannowi w opowiadaniu kazały w końcu uśmiercić śpiewaczkę, wyglądają de facto na komiczną histerię. Anna wydaje się cokolwiek niezrównoważona (oczywiście można to zrozumieć, zważywszy na doświadczenia pamiętnej nocy), jednak skoro jest to pokazane tak wyraźnie, dlaczego odmawiamy jej narzeczonemu, Ottaviowi, prawa do dostrzegania problemu, który widzimy sami? Gdy sentymentalnie śpiewa „Od jej spokoju zależy i mój spokój”, nie tylko wzdycha, ale i wyjaśnia, że cóż, taki już jego los – pożycie z histeryczką. Wydaje się naturalne, że ma do Anny nieco ograniczone zaufanie.

Tutaj dochodzimy do sedna problemu Ottavia, zawsze sprowadzanego do roli ospałego fircyka (czemu sprzyja jego skromny profil muzyczny), który już w finale I aktu trzyma Giovanniego na muszce, jednak nie czyni użytku z pistoletu. Ottavio po prostu nie może wymierzać zemsty wyłącznie na podstawie oskarżenia rzucanego przez Donnę Annę. Robi tylko to, co mu wolno: zgodnie z własną zapowiedzią w kwartecie („Nie ruszę się stąd, póki nie dowiem się, o co tu chodzi!”), bierze Giovanniego pod lupę. Trafia na trop Zerliny, która miała być następną ofiarą uwodziciela, ale nawet dowiedzenie chęci gwałtu na wieśniaczce nie może spowodować, aby jeden szlachcic zastrzelił drugiego, na dodatek zaprzyjaźnionego. (Ottavio nie może uwierzyć, by „pod świętym węzłem przyjaźni” mogła się skrywać taka obłuda). Pamiętajmy, że jest to świat feudalny, jeszcze przed rewolucją francuską; a i długo później podobna „słabość” do „podopiecznych” cieszyła się dużą tolerancją (co jakiś czas dowiadujemy się, że problem bynajmniej nie odszedł w niepamięć). Strzelanie do „pana brata” nie wchodzi w grę. Jedyne, co może zrobić Ottavio, to nastraszyć Giovanniego, by miał się na baczności.

„Nieustraszony” Don Giovanni zresztą boi się tego panicznie – gdy widzi pościg, zamiera ze strachu, w finale także musi wziąć się w garść; z „zamętu w głowie” wydobywa go odruch ucieczki, zmyka bowiem przez cały akt – choć jest we własnym domu, otoczony służbą, która mogłaby przecież po prostu wyrzucić celujących do niego „mścicieli”.

O winie Giovanniego przekonuje Ottavia dopiero wyznanie przyłapanego flagranti z Elvirą Leporella – czyli sekstet z II aktu. Wówczas dopiero stwierdza: „teraz już nie można wątpić, że Don Giovanni jest zabójcą ojca Donny Anny”. W ten sposób zamyka się klamra, przypominająca, co jest główną zbrodnią Giovanniego. Bynajmniej nie ponad tysiąc pań i panien wpisanych w rejestr seksualnych zdobyczy (choć to one są tu pikantną przyprawą). Czynem, za który Giovanniego musi dosięgnąć kara, jest morderstwo. Cyniczne łajdactwo zbrodniarza jest zaś mocą, która spowoduje, że duch zabitego poruszy posąg i samodzielnie – lekkomyślnie wezwany przez sprawcę – sięgnie po zemstę. „Qui attendo la vendetta” głosi odczytany głośno napis na pomniku – i zemsta nastąpi.

Zło ma być ukarane

Trzeba teraz domknąć symetryczny nawias. Opera zaczyna się od zabójstwa Komandora i kończy jego zemstą, a jest nią nie tylko pogrążenie Giovanniego w otchłani, ale i samo przyjście posągu na ucztę. Tego bohater się jednak nie spodziewał, rzucając nagrobnej postaci aroganckie wyzwanie. Więc teraz karty wypadają mu z rąk.

W tym świecie nie ma miłosierdzia, i nie ma sensu wstawianie do opery symboli chrześcijańskich. To zupełnie inny porządek – nie Chrystus wyciąga litościwą dłoń do złoczyńcy, lecz posąg, którego nie można już zabić, każe mu wybrać rodzaj upokorzenia. Czy w ostatnim momencie ze strachu ugnie się, czy z honorem pójdzie na dno? W obliczu nieuniknionej a zasłużonej śmierci (vendetta!) Don Giovanni jednak dotrzymuje placu, choć wcale nie przyjmuje swego losu bez lęku, skoro żegna nas krzykiem. Jego pycha, interpretowana romantycznie jako heroizm, myli jednak po raz kolejny. Opera Mozarta nie spełnia się w tragizmie, anonsowanym już przez początek uwertury, choć to przeświadczenie zaowocowało później wydumanymi interpretacjami na temat domniemanego „wesołego dramatu” – dramma giocoso – określenia, jakim Mozart opatrzył partyturę, a które było jednym ze zwykłych synonimów opery komicznej.

Don Giovanni jest – zgodnie z tradycją mitu Don Juana – rodzajem moralitetu, w którym zło zostaje ukarane. Moralitetem o znakomitej konstrukcji i zjawiskowo genialnej muzyce – to one dają mu wartość ponadczasową. Wystarczy trochę reżyserskiego wysiłku, wystarczy postawić sobie kilka pytań, by fascynująca konstrukcja ożyła.

Pytań temu dziełu zadawać można wiele, o znakomitości świadczą ukryte w nim logiczne odpowiedzi. Nie byle jacy autorzy zadbali, by ułożona z nich całość nie była mniej ciekawa  niż tworzone na siłę dziurawe uwspółcześnienia. BM

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: